Erynie

Marek Krajewski

Erynie

© 2010

Erynie były personifikowanymi wyrzutami sumienia, (…) które (…) mogą zabić człowieka (…). Człowiek taki albo oszaleje (…), albo też, tak jak Orestes, zawinie głowę w szatę i nie będzie przyjmował strawy ani napoju, aż umrze z głodu, i dzieje się tak, nawet jeśli nikt nie wie o jego winie.

Robert Graves, Mity greckie

Patrycja wstała gwałtownie i ruszyła w stronę ulicznika z kwiatami, który już-już zbliżał się do cukierni. Chłopak natychmiast obszedł stoliki szerokim łukiem, pokazując kelnerce wyciągnięty środkowy palec.

– Muszę ci o tym mówić. – Mężczyzna chwycił swoją towarzyszkę za nadgarstek – Tak zalecił mój terapeuta. Jeśli mnie nie wysłuchasz, wrócę do Warszawy i będę dalej chlał.

– Szantaż, co? – Jej szyja oblana była purpurowym rumieńcem. – Skąd ja wiem, czy mówisz prawdę o swojej terapii? A nawet jeśli nie kłamiesz, to która to już terapia? Siódma, ósma? Straciłam rachubę. W czasie naszego małżeństwa byłeś chyba na dwóch! A poza tym, co ty sobie, kurwa, myślisz? Że będę znosiła twoje chore wspomnienia, których nie chcę słuchać? Jakieś jaja na pomidorach? Tylko dlatego, że tak zalecił ci jakiś terapeuta? Jakiś porąbany psychiatra?

Patrycja zaczęła się zastanawiać, jak zwrócić uwagę kobiecie, aby nie przeklinała. Usiadła kilka stolików dalej, lecz jej słuch, wyostrzony przez koks, wyłapywał teraz nawet szept, do którego mężczyzna zniżył swój głos.

– Nie krzycz, proszę. Po tobie nie miałem żadnej innej żony. Mówiąc o twojej następczyni, myślałem o flaszce. O gorzale. To właśnie tej pani prawi komplementy cały ród alkoholików. To właśnie o niej myślałem. Ale i z nią nie mam stosunków od miesięcy. – Kobieta milczała. – Wiem, że śmierdzę trupem. – Wypił ostatni łyk ostro doprawionego soku. – Ale zanim prześmierdnę na amen, to… Posłuchaj mnie.

– Mów, słucham. – Spojrzała na zegarek. – Mam jeszcze godzinę. Tyle, ile prosiłeś. Potem muszę wracać do redakcji.

– Mój terapeuta jest psychologiem, nie zaś byłym alkoholikiem. On leczy przyczyny alkoholizmu, nie jego skutki. Nie mamy czasu. Muszę gdzieś z tobą pojechać. Zaufaj mi. To nam niewiele zajmie. Opowiem ci wszystko po drodze. Chodź, tu mam auto, niedaleko, w hotelu Dorint. Musimy tam jechać. Mogę panią prosić? – Zwrócił się do Patrycji, nie czekając na odpowiedź swojej byłej żony.

– Następnym razem, kiedy się zobaczymy – wysyczała kobieta – to na twoim pogrzebie. Przyjdę zobaczyć, jak cię ubrali do trumny. Czy krawat pasuje do marynarki. A teraz jest przedostatni raz.

– Reszta dla pani. – Uśmiechnął się do Patrycji, ukazując lśniącą biel zębów.

– A teraz mów, dokąd jedziemy? – Kobieta schowała papierosy do torebki.

– Mówiłaś coś o pogrzebie? Zawsze podziwiałem twoją intuicję. Otóż jedziemy na cmentarz. Ty i ja.

– Nie jadę na żaden cmentarz.

– Proszę cię, abyś pomogła mi wyjść z choroby alkoholowej.

– Nigdzie nie jadę – powtórzyła uparcie, zaciskając dłoń na torebce.

– Coś za coś. – Uśmiechnął się przebiegle. – Ty pojedziesz ze mną, a ja opowiem ci historię, którą będziesz mogła opisać albo sfilmować. To będzie świetna rzecz i nie będziesz już dłużej pisać o dziurach w moście!

– Mów dalej, jeszcze się nie zgodziłam. – W oczach kobiety pojawił się nikły błysk zainteresowania.

– Pamiętasz, nakręciłem kilka lat temu taki cykl dokumentalny o ludziach, którzy po latach odkryli swoją prawdziwą tożsamość?

– Pamiętam – odpowiedziała niechętnie. – Mój naczelny kazał mi nawet go zrecenzować, ale odmówiłam.

– Kręcę dalszą część tego cyklu… Opowiem ci o bohaterze pierwszego filmu… Tobie mogę powierzyć jego reżyserię!

– Coś musisz jednak dodać, żebym się zainteresowała. – Demonstracyjnie na powrót wyjęła z torebki zapalniczkę i papierosy.

– Słyszałaś o takiej sprawie z połowy lat sześćdziesiątych, kiedy w jednej z piwnic we Wrocławiu znaleziono tajny schron, a w nim kości mężczyzny?

– Nie, nie słyszałam.

– Wyobraź sobie, że obok trupa było około trzech tysięcy zdjęć.

– Jakich zdjęć?

– Każde z nich przedstawiało roczne, może dwuletnie dziecko. Rozumiesz, obok trupa były trzy tysiące tych samych zdjęć! Tego samego dziecka!

Kobieta milczała. Bez zmrużenia oczu wpatrywała się w mężczyznę i nerwowo stukała po stole czerwonymi, tu i ówdzie obgryzionymi paznokciami.

– Mów dalej! – Nie wytrzymała naporu ciekawości.

– Sprawa była bardzo tajemnicza. – Mężczyzna uśmiechnął się. – Nikt nic nie wiedział o istnieniu tego schronu, nie miała o nim pojęcia nawet obrona cywilna. Nie wiadomo, kto do niego wchodził, a nade wszystko nie wiadomo było, kim jest trup. Kluczem do zagadki było to powielone trzy tysiące razy zdjęcie dziecka. Pojawiło się ono w gazetach, a nawet w telewizji. Nikt nie został zidentyfikowany.

– No i co?

– Ale ja już wiem, kim było to dziecko. To co, jedziesz ze mną? Coś za coś?

– No dobra, Andrzej, jedziemy. – Kobieta po raz pierwszy wymówiła jego imię.

Schowała z powrotem swe nikotynowe utensylia, wstała i kiwnęła głową. Po chwili nikogo już nie było pod rozpaloną markizą.

Patrycja schowała dwadzieścia złotych do portfela i z ulgą weszła do lokalu. Andżelika, jej koleżanka stojąca za ladą, przypatrywała się odchodzącej parze.

– Wiesz, ten starszy facet, to chyba jakiś gość z telewizji – powiedziała Andżelika w zamyśleniu. – Ja go gdzieś widziałam…

– To chyba jakiś filmowiec – odparła Patrycja. – Mówił o kręceniu filmów dokumentalnych, a na smyczy miał identyfikator z napisem „Era Nowe Horyzonty”. Andrzej Jakiśtam. Nie popatrzyłam na nazwisko.

– Coś ty, Pati! Nie spojrzałaś na nazwisko?! – Brwi Andżeliki podjechały w górę i prawie się schowały pod nierówną, modnie przyciętą grzywką. – Nie chciałabyś być w telewizji? Taka laska jak ty? A podczas tego festiwalu pełno jest facetów, którzy mogą pomóc. I wcale nie trzeba od razu iść z nimi do łóżka! Wiesz, opowiadała mi Anka, no ta, wiesz, z Daytony…

Patrycja spojrzała z uśmiechem w wielkie naiwne oczy koleżanki, która – sama otyła i ubrana, jak zawsze, w dziwne falbanki – nigdy nie skąpiła jej komplementów.

– Dziewczyno – powiedziała z naciskiem, a jej uśmiech zgasł. – Niechcący słyszałam, o czym ten łysy gościu rozmawiał. I wiesz, co ci powiem? Takich skurwysynów jak ten facet trzeba omijać szerokim łukiem.

Nad lwowskim starym rynkiem wstawał świt. Różowy blask wdzierał się pomiędzy nędzne budy, w których baby zaczęły ustawiać swe kociołki z barszczem i pierogami, osiadał na bańkach z mlekiem, które żydowski handlarz targał na dwukołowym wózku z mleczarni Estery Fisch, i załamywał się na daszkach kaszkietów baciarów, którzy stali w bramach i nie mogli się zdecydować, czy pójść spać czy czekać na otwarcie pobliskiego szynku na rogu, gdzie mogliby zaspokoić bombą piwa palące poalkoholowe pragnienie. Poblask jutrzenki układał się na sukienkach dwóch dziewczyn, które nie doczekawszy się tej nocy żadnego klienta milcząc, wracały ze swoich stanowisk na Mostkach i znikały w bramach przy Mikołajskiej i Smerekowej, gdzie w ubogich izbach wynajmowały łóżko z parawanem. Mężczyzn, zmierzających w pośpiechu przez Wysoki Zamek do fabryki wódek Baczewskiego, różowe światło raziło prosto w oczy, lecz oni je ignorowali, wbijali wzrok w brukowaną jezdnię i przyśpieszali kroku, a od ich szybkich ruchów szeleścił papier, w który żony owinęły im chleb i cebulę. Nikt z lwowskich uliczników i robotników nie podziwiał różanopalcej Eos, która rzeźbiła trójkątne dachy szpitala Sióstr Miłosierdzia, nikt się nie zastanawiał nad cyklicznością zjawisk natury, nikt nie analizował zmian subtelnych barwnych niuansów.

Podkomisarz Franciszek Pirożek, podobnie jak jego krajanie, daleki był od homeryckich zachwytów. Jadąc ulicą Kazimierzowską nowiutkim policyjnym chevroletem, patrzył z wytężoną uwagą na swoich współmieszkańców. Szukał u nich jakichś oznak szczególnego niepokoju, wypatrywał grupek ludzi żywo dyskutujących, a nawet zbitych w niebezpieczne kupy i uzbrojonych w prowizoryczne narzędzia. Takich, którzy chcą zlinczować zbrodniarza. Nikogo takiego nie widział wcześniej – ani na ulicy Kopernika, ani na Legionów. Nie widział i teraz. Stopniowo się uspokajał, a jego wydech ulgi stawał się coraz głośniejszy. Nie było zwiastunów żadnych rozruchów. Jakież to szczęście, pomyślał, mijając Teatr Wielki i parkując przed apteką na Żółkiewskiej 4, że tę potworność odkrył aptekarz, rozsądny racjonalista, który nie miota się po podwórku i nie wrzeszczy, budząc wszystkich dokoła!

Pirożek wysiadł z automobilu, rozejrzał się dokoła i poczuł ścisk w gardle. Widok posterunkowego przed apteką nie uszedł uwagi okolicznych mieszkańców, którzy stali wokół i głośno, a nawet dość zuchwale i obcesowo zastanawiali się nad poranną obecnością w tym miejscu stróża prawa. Ten zaś spozierał na nich surowo spod daszka czapki i raz na jakiś czas robił srogą minę, uderzając pałką o dłoń. W tej dzielnicy policjanci nie wzbudzali respektu. Bywały czasy, że musieli chodzić środkiem ulicy, aby uniknąć wciągnięcia do bramy i pobicia. Toteż posterunkowy z komisariatu III ucieszył się, widząc Pirożka, zasalutował mu i przepuścił go do apteki. Ten wiedział, dokąd ma iść. Skierował się za ladę z przestarzałym telefonem, przeszedł przez ciemną sień, potknął się o skrzynkę, w której leżała zardzewiała waga apteczna, i wszedł do kuchni mieszkania zajmowanego przez aptekarza i jego rodzinę na tyłach.

O ile aptekarz, pan Adolf Aschkenazy, zachowywał się – zgodnie z przewidywaniami Pirożka – bardzo spokojnie, o tyle jego żona nie miała w sobie nawet kropli jego zimnej krwi. Siedziała przy stole, szczupłe palce wciskała w papiloty, otaczające jej czaszkę jak czapka narciarska, i głośno zawodziła, potrząsając głową. Jej mąż otaczał ją ramieniem i podsuwał pod usta szklankę – jak można było poznać po zapachu – z naparem waleriany. Na ogniu podskakiwał czajnik. Para zasnuwała okna, co uniemożliwiało podglądanie gapiowi, któremu udało się umknąć uwadze posterunkowego na zewnątrz. Zaduch był dławiący. Pirożek zdjął kapelusz i otarł czoło. Pani Aschkenazy wpatrywała się w niego z takim przerażeniem, jakby oto ujrzała diabła, nie zaś rumianego, zażywnego i wzbudzającego na ogół zaufanie funkcjonariusza. Pirożek mruknął słowa powitania i odtworzył w pamięci rozmowę telefoniczną, jaką przeprowadził z panem Aschkenazym pół godziny temu. Aptekarz opowiedział wtedy wszystko bardzo spokojnie i szczegółowo. Pirożek nie musiał go zatem pytać teraz o to samo i to w dodatku w obecności wystraszonej żony i ciekawskiego przyklejonego do szyby.

– Gdzie jest wyjście na podwórko? – zapytał Pirożek.

– Przez sień i do końca, panie policmajster – nieoczekiwanie odpowiedziała pani Aschkenazy.

Pirożek, nie zadając sobie pytania o nagłą aktywność aptekarzowej, wszedł z powrotem do ciemnej sieni. Przez drzwi obok słyszał głośne pochrapywanie. Pewnie małe, zakatarzone dzieci, pomyślał, one zawsze mają mocny sen, którego nie wzburzy nawet panosząca się wokół śmierć.

Błotniste podwórko zabudowane było z trzech stron. Od ulicy oddzielał je żelazny parkan, do którego dostępu bronili posterunkowi. Dokoła stały dwupiętrowe odrapane budynki z galeryjkami. Na szczęście większość mieszkańców spała. Jedynie na pierwszym piętrze siedziała siwa kobieta na stołeczku i nie spuszczała oczu z przodownika Józefa Dułapy, który stał nieopodal wychodka i palił papierosa. „Wyszedłem za potrzebą – Pirożek odtwarzał w myślach telefoniczną relację Aschkenazego – i znalazłem w ustępie coś strasznego”.

– Dzień dobry, panie komisarzu – powiedział Dułapa i zdeptał butem niedopałek papierosa.

– Co wy robicie, Dułapa! – krzyknął Pirożek, aż staruszka podskoczyła na galeryjce. – Tu jest miejsce zbrodni! Naplujcie na peta i do kieszeni! Nie zamazujcie mi tu śladów, do jasnej cholery! Co, wy przodownik jesteście czy jakiś gówniarz kontraktowy?!

– Tak jest! – odpowiedział Dułapa i zaczął szukać niedopałka pod butem.

– Gdzie to jest? – Pirożek, jak tylko wypowiedział te słowa, poczuł niesmak. Nie powinien mówić o zmarłym człowieku „to”. – No gdzie jest to ciało? – poprawił się. – Nie ruszaliście go przypadkiem? Pokazać palcem i dawać mi latarkę!

– W ustępie, niech pan komisarz uważa. Leżą tam bebechi – szepnął przodownik zaniepokojony i dodał jeszcze ciszej, wręczając mu latarkę: – Panie komisarzu, bez urazy, ali to straszna sprawa. Sprawa dla komisarza Popielskiego.

Pirożek nie obraził się. Uważnie zlustrował wilgotną czarną ziemię, aby nie zadeptać jakichś śladów. Potem podszedł do ustępu i otworzył drzwi. Smród odebrał mu oddech. Widok, jaki ujrzał w różowym świetle świtu, zaburzył mu jasność widzenia. Kątem oka dojrzał, jak staruszka wychyla się mocno za barierkę, chcąc zajrzeć w głąb wychodka. Zatrzasnął drzwi.

– Dułapa – powiedział, wciągając do płuc zepsute powietrze – usuńcie z galerii tę starą.

Przodownik poprawił kołnierz z błękitnym paskiem i ruszył z groźną miną w stronę schodów.

– No, ciocia drypcia – krzyknął do kobiety – na chawiry, ali już!

– Człowiek za potrzebą wyjść ni moży! – wrzasnęła kobieta, ale posłusznie schowała się do mieszkania, przezornie zostawiając jednak stołek na galerii.

Pirożek otworzył jeszcze raz drzwi i oświetlił bladą bryłę leżącą w ustępie. Ciałko dziecka było tak przekrzywione, jakby ktoś próbował wcisnąć jego główkę pod kolano. Włosy na głowie były rzadkie i poskręcane. Skóra policzków wzdymała się pod naporem opuchlizny. Na progu leżały jelita, których śliską powierzchnię pokrywały nieregularne strumyki krwi. Całe ciało pokryte było strupami. Podkomisarz miał uczucie, jakby jego krtań stała się czopem blokującym oddech. Oparł się o otwarte drzwi. Nigdy czegoś takiego nie widział. Chore, kostropate, połamane dziecko. Ma na oko nie więcej niż trzy lata. Wyprostował się, splunął i jeszcze raz spojrzał na ciało. To nie były strupy. To były rany kłute.

Pirożek zatrzasnął drzwi wychodka. Dułapa patrzył na niego z niepokojem i zaciekawieniem. Z oddali, od strony ulicy Gródeckiej zadzwonił pierwszy tramwaj. Nad Lwowem wstawał kolejny piękny majowy dzień.

– Macie rację, Dułapa – podkomisarz Pirożek powiedział to bardzo powoli – to jest sprawa jak raz dla Popielskiego.

– Laudetur Iesus Christus – powiedział nieco drżącym głosem ksiądz Ignacy Fedusiewicz.

Kiedy zegar na ratuszu uderzył po raz ósmy, arcybiskup Bolesław Twardowski zamknął okno w swej rezydencji na ulicy Czarnieckiego i dwa ostatnie dźwięki dzwonu zostały wytłumione. Spojrzał na kopułę Dominikanów i drzewa skweru przy budynku Straży Pożarnej. Następnie odwrócił się do stojącego za biurkiem młodego księdza i wyciągając pierścień do pocałowania, odpowiedział:

– In saecula saeculorum. Siadaj, chłopcze.

Metropolita lwowski sam również usiadł za potężnym orzechowym biurkiem i otworzył srebrne pudełko na papierosy. Wyjął papierosa Egipskiego i przypalając go, po raz setny zapytał w duszy sam siebie, czy nałóg nikotynowy jest rzeczywiście dostatecznie usprawiedliwiony poprzez wspieranie hurtowni tytoniowej należącej do kościelnego charytatywnego dzieła „Rodzina Sieroca”, gdzie – zgodnie z jego zaleceniem – paląca część kleru zaopatrywała się w tytoń. Niespecjalnie podobał mu się czujny i uważny wzrok młodego księdza. Jego oczy za drucianymi okrągłymi okularami pytały: czy to przystoi metropolicie palić w towarzystwie jakiegoś podrzędnego kapłana? Arcybiskup uznał w duchu, że ma nadzwyczajne powody do tego, aby uspokajać swe nerwy wonnym dymem, i przesunął gazetę po blacie biurka w stronę księdza Fedusiewicza.

– Czytałeś dzisiejszy dodatek nadzwyczajny „Słowa”? – zapytał arcybiskup Twardowski.

– Wasza Ekscelencjo, całe miasto już mówi o zabójstwie małego Henia Pytki. – Ksiądz Fedusiewicz nie odpowiedział wprost na zadane pytanie.

– A co wie całe miasto o człowieku, który odnalazł zwłoki tego nieszczęsnego chłopca? – zapytał hierarcha, odkładając papierosa na brzeg kryształowej popielnicy.

– Mówiąc całe miasto, Wasza Ekscelencjo – ksiądz poruszył się niespokojnie, jak uczniak nieprzygotowany do odpowiedzi – miałem na myśli moich chłopców z bursy. Na dzisiejsze śniadanie niektórzy z nich się spóźnili. Przyszli z dodatkiem nadzwyczajnym „Słowa” i cały czas dyskutowali o morderstwie Henia Pytki.

– Nie odpowiedziałeś na pytanie.

– Gazety pisały tylko tyle, że ciało chłopca odnalazł w wychodku na swoim podwórku jakiś aptekarz i zawiadomił policję.

– Podano nazwisko tego aptekarza?

– Nie. Chłopcy mieli trzy różne gazety. Ale o ile wiem, nikt inny nie napisał o tej potworności. Pewnie tylko „Słowo” ma informatorów na policji. Moi chłopcy nie wyczytali tam żadnego nazwiska.

Arcybiskup zdusił papierosa i podszedł do wspaniałej szafy gdańskiej. Otworzył ją i z górnej półki wyjął szarą kartonową teczkę zawiązywaną na tasiemki.

– Nie tylko „Słowo” ma swoich informatorów, chłopcze. My mamy lepszych. Wiemy, jak się nazywa ten aptekarz – powiedział, otworzył teczkę i poprawił okulary na nosie. – Adolf Aschkenazy. Tak się właśnie nazywa. I mimo że wszystkie gazety były posłuszne nakazowi policji i żadna nie podała nazwiska tego człowieka, jutro będzie je znał cały Lwów, jeśli nie cała Polska. Otóż jutro wszyscy będą wiedzieć, że Izraelita Adolf Aschkenazy znalazł w swym ustępie chrześcijańskie dziecko z wieloma ranami od noża. Wiesz, co to znaczy?

Młody duchowny aż powstał z krzesła.

– Tak… Nie, to nie może być. – Ksiądz Fedusiewicz nie mógł opanować drżenia rąk i nerwowych ruchów ramionami. – Przecież nikt nie uwierzy, że żydowski aptekarz popełnił mord rytualny na katolickim dziecku, a potem zawiadomił policję! To niemożebne!

– Ludzie nie w takie rzeczy uwierzyli. – Arcybiskup podszedł do młodego człowieka i położył mu rękę na ramieniu. – Wiesz, chłopcze, jak bardzo cenimy twoją pracę z młodzieżą pro publico bono?

– Dziękuję, Ekscelencjo – wyszeptał ksiądz Fedusiewicz.

– Twój ciężki codzienny znój z tymi młodymi, poszukującymi prawdy i żarliwymi duchami – ciągnął arcybiskup. – Z tymi radykalnymi akademikami, którzy są czasami tak zapalczywi, tak owładnięci szlachetnymi ideami narodowymi, że sięgają po metody gwałtowne, których my nie pochwalamy. Ty, jako duszpasterz mający najbliższy kontakt z tymi młodzieńcami, potrafisz ich poskromić, potrafisz skierować ich entuzjazm na właściwe tory. Wiesz, dlaczego cię zaprosiliśmy? – Podszedł do biurka i stuknął palcem w gazetę. – Dlatego. Zrób wszystko, aby zapobiec radykalizacji nastrojów wśród akademików. Zdradź im nazwisko aptekarza i przemów do rozsądku – skrzywił się, jakby rozbolał go ząb – zanim niektórzy księża w najbliższą niedzielę oskarżą Żydów o mord rytualny na chrześcijańskim dziecku. To wszystko.

– Dziękuję za zaufanie, Wasza Ekscelencjo – ksiądz Fedusiewicz z pokorą pochylił głowę – ale pragnę Ekscelencję uspokoić. Do niedzieli prawdziwy morderca będzie siedział u Brygidek.

– Skąd jesteś tego taki pewien?

– Bo tę sprawę na pewno poprowadzi komisarz Popielski – powiedział młody kapłan pewnym głosem.

– Oby ją skończył jak najszybciej. – Hierarcha westchnął z pewną ulgą i wyciągnął w stronę rozmówcy dłoń z pierścieniem. – Oby. Vale, carissime!

Tym dziwniejsze było to, iż zamiast do „gmachu na Łąckiego”, jak nazywano komendę policji, zmierzał w kierunku zupełnie odwrotnym – w dół, ulicą Chorążczyzny.

Doszedł nią do przepięknej kamienicy Segala przy Akademickiej. Skręcił w prawo i poczuł na sobie kamienny wzrok Aleksandra hrabiego Fredry, który patrzył ze swojego postumentu na kawiarnię Szkocką. W tymże właśnie lokalu siedział po chwili komisarz i przyjmował w ciemnym kącie od kelnera, pana Hirka, kawę, grube pachnące plastry szynki i sztangielki obsypane kminkiem i solą.

W oczach kelnera Popielski dostrzegł to samo pytanie, które widział u Leokadii, u służącej i u kilku woziwodów przy niedalekiej studni, którzy najwyraźniej go rozpoznali.

Wcisnął róg serwety pomiędzy grdykę a ceratowy kołnierzyk. Nabił na widelec różowy płat szynki. Z obu stron pokrył go białym, gęstym majonezem. Sól, kminek i chrupiąca skórka sztangli były jedynie dodatkami do wędliny ze sklepu Kotowicza, pachnącej, jak ją reklamowano, leśną wędzarnią znad Wereszycy.

Popielski rozparł się wygodnie w miękkim, obitym pluszem fotelu i zagłębił się w lekturze prenumerowanej tutaj „Deutsche Schachzeitung”. Po kilku minutach, kiedy pan Hirek starannie posprzątał ze stołu, komisarz wyjął z teczki czysty arkusz papieru i wieczne pióro marki Waldmann. Sprawdził, czy szklany nabój ma wystarczająco dużo atramentu, i zaczął pisać. Z prawej strony wykaligrafował „Lwów, dnia 5 maja, 1939 r.”, a zaadresował „Do Wydziału III Personalnego Komendy Głównej Policji Państwowej w Warszawie”. Kilka linii poniżej, mniej więcej na środku kartki wypisał wielkimi literami: „PODANIE O PRZENIESIENIE w STAN SPOCZYNKU”. A jeszcze niżej: „Uniżenie proszę o zgodę na moje odejście na emeryturę z dniem dzisiejszym. Prośba ma jest umotywowana uzyskaniem praw i przywilejów wieku emerytalnego oraz wiadomą moją trudną sytuacją rodzinną. Z poważaniem”, i tu Popielski postawił zamaszysty podpis. Na samym dole dopisał „via Referat III Personalny Komendy Wojewódzkiej P.P. we Lwowie”. Potem zapalił papierosa i strzelił palcami na pana Hirka.

– Jedna wódka dla pana i jedna dla mnie. – Złożył zamówienie i przypatrywał się przez chwilę zdumionemu obliczu kelnera. – Niech się pan nie dziwi, człowiek chce się napić, kiedy odchodzi na emeryturę. Zrobi mi pan ten zaszczyt?

W głosie komisarza nie było słychać ironii ani kpiny. Pamiętał on dobrze swojego ojca, Paulina Popielskiego, inżyniera naftowego, który pierwszy się kłaniał robotnikom. Pamiętał piekący policzek, jaki otrzymał od ojca, gdy kiedyś z pogardą wyraził się o pewnym majstrze z borysławskiej rafinerii. Pamiętał też, iż jego ojciec, kiedy przenosił się stamtąd do Baku, pożegnał się osobiście z umorusanymi nafciarzami. Kieliszek wódki z panem Hirkiem miał dla Edwarda Popielskiego duże znaczenie.

– Przepraszam – odpowiedział zimno kelner – ale nie mogę pić w godzinach pracy. Czy jeszcze mogę czymś służyć?

Popielski pokręcił odmownie głową. Palił papierosa i przyglądał się kelnerowi. Jego szeroka twarz i jasne spojrzenie wyrażały całkowitą obojętność. Popielski jednak wiedział, że mówi ono coś innego. To miasto, uosobione w obliczu pana Hirka, mówiło: „Gardzę tobą, tchórzu”.

– Boj ze Szkockiej jest bardzo szybki. – Popielski uśmiechnął się, zanim Zubik otworzył usta. – Szybko dotarł do pana naczelnika. Zasłużył chłopak na swoją złotówkę.

– Ja też zasłużyłem na uznanie – syknął naczelnik, co nie wróżyło niczego dobrego, gdyż ten apoplektyk zwykle wypełniał swym ogromnym krzykiem cały Urząd Śledczy. – Znam rozkład tych kamienic tak dobrze, jakbym je sam budował.

– Nigdy nie pobrudziłem się odchodami gołębi. – Popielski patrzył z troską na spodnie. – Nie wie pan naczelnik, czym można by to wyczyścić? To garnitur od Jabłkowskich!

– Co wy mi tu pierdolicie, Popielski?! – Zubik wrócił do znanej swemu podwładnemu roli choleryka. – Wiesz pan, co ja teraz zrobię z pańskim podaniem o emeryturę? Oto, co ja z nim robię. – I tu podinspektor chwycił arkusz papieru tak, jakby miał go zaraz podrzeć.

– No, podrzyj pan! – Popielski nigdy tak zuchwale nie zwracał się do swojego szefa. – No, drzyj pan, do jasnej cholery, a ja napiszę następne podanie! Ja będę pisał, a pan będzie darł. I to będzie trwało całymi dniami… A tymczasem Żydzi…

– Człowieku – Zubik zbliżył się do Popielskiego i prychał mu prosto w twarz. – Myślisz, że nie dam sobie rady bez ciebie? Myślisz, że potrzebny mi dandys pod sześćdziesiątkę w ciemnych binoklach, który pracuje, kiedy ma na to ochotę? Myślisz, że nie wiem o twoich kolejowych eskapadach z najgorszymi dziwkami? Myślisz, że przejmuję się twoją dymisją? Mogę ją podrzeć lub poprzeć, jak zechcę, wedle mej woli – tak lub siak – rozumiesz? Jest mi ona obojętna!

– No to proszę ją poprzeć. – Popielski, nie odwracając się, wskazał kciukiem na okno do ustępu. – A potem niech pan to im ogłosi! Powiedz im pan, że Łyssy odchodzi i że zgadzasz się pan na to!

Dziennikarze dobijali się do drzwi toalety. Słychać było jakieś nikłe protesty obsługi lokalu i rozwścieczone okrzyki szturmujących. Popielskiemu zrobiło się zimno. Znów usłyszał nienawistny głos batiara i swoje przezwisko.

– Czego ode mnie chcesz? Co mogę zrobić, abyś został? – Zubik zdjął kapelusz i wachlował się nim. Wydawało się, że białka jego oczu stają się coraz czerwieńsze.

– Muszę z kimś porozmawiać, tego właśnie chcę. – Popielski nachylił się z odrazą do zarośniętego rudawym włosem ucha swego szefa i szeptał mu coś przez pół minuty.

Zubik zamknął oczy. Ktoś kopnął w drzwi tak mocno, że omal nie urwał haczyka. Zubik otworzył oczy.

– Zgadzam się – powiedział powoli. – Porozmawiaj pan z nim. I tak, jak pan chce, dam panu zgodę na piśmie.

– A jeszcze gwoli ścisłości, panie naczelniku – mam lat pięćdziesiąt trzy, a dziewczynki, z którymi jeżdżę do Krakowa, są najlepszego sortu. No dobrze… Ale co my tu jeszcze robimy? Idziemy stąd!

– Niby dokąd? – zapytał Zubik, pocierając palcami powieki.

– Tu chce pan odbyć konferencję prasową? Na podwórku za kiblem?

Wyszli przez bramę na ulicę Łozińskiego. Zerwał się wtedy lekki przeciąg, który dmuchnął kawałkami podartego arkusza kancelaryjnego z podaniem o dymisję. Po chwili walały się one w gołębim gównie.

Pocałował dziewczynę w policzek i szepnął jej kilka słów na ucho. Ta wstała, powiedziała „dobranoc” Popielskiemu i weszła do domu. Komisarz nie odpowiedział jej i nawet na nią nie spojrzał. Jedynie kącikiem oka zarejestrował obecność jej szczupłej sylwetki w nieoświetlonym oknie. Wiedział doskonale, że będzie się przysłuchiwała ich rozmowie, może nawet na polecenie swojego kochanka. Nie reagując na kurtuazję dziewczyny, popełnił świadome faux pas. Ale wszyscy wiedzieli, że Kiczałes jest chorobliwie zazdrosny o swój liczny harem i że lepiej nawet nie patrzeć na żadną z jego niewolnic, jeśli się nie chce zniechęcić go do siebie. Wiedział też, że w ciemnościach majowej nocy herszt półświatka może by i nawet nie dostrzegł jego pożądliwego spojrzenia, lecz na pewno zapyta o zachowanie przybyłego swych licznych cerberów, którzy stali dookoła posesji, ukryci pod drzewami, i przyglądali się uważnie gościowi pryncypała. Wolał zatem zaryzykować opinię gbura niż lowelasa, który się ślini do cudzej kochanki.

Komisarz nie pomylił się w swojej szybkiej rachubie. Gospodarz uznał najwidoczniej zachowanie Popielskiego za przyzwoite, bo uśmiechnął się do niego dość przyjaźnie i wskazał mu wiklinowy fotel obok stołu.

– Pan siada, panie kumisarz, pan mówi, z czym przychodzi w moji skromny progi, a ja słucham, słucham. – Kiczałes wydmuchnął chmurę dymu.

– Przyjął mnie pan we własnym domu. – Popielski uderzył papierosem o wierzch papierośnicy. – To świadczy o zaufaniu do mnie. Dziękuję za nie.

– Bez pięknych słówek. – Gospodarz znów się uśmiechnął pod cienkim wąsikiem amanta. – Gdyby to była moja chawira, znaczy, że pan szac facet. A w tej landarze mogę przyjąć nawet byli pachciarza.

Popielski zamyślił się. Kiczałes nie zaproponował mu ani poczęstunku, ani cygara, ani alkoholu. To świadczyło o dystansie. Potem porównał go do pachciarza. To świadczyło o wrogim dystansie. Policjant wstał, wyjął z kieszeni „Gazetę Wieczorną” i rzucił ją na stół przed swoim rozmówcą. Gałęzie i krzaki wokół domu poruszyły się gwałtownie. Kiczałes uniósł dłoń i znów zapadła cisza, przerywana cykaniem świerszczy.

– Niech pan znajdzie mordercę tego dziecka i odda go mnie – powiedział Popielski cichym głosem, wskazując na gazetę, na której pierwszej stronie umieszczone było jego zdjęcie.

– Myśli pan tak jak wszyscy, nu nie? Że to Żyd zabił chrześcijańskie bambulko na macy, nu nie? I dlatego ja, Żyd, mam go szukać wśród niby swoich, co? Chcesz mnie pan wziąć pod włos, co? Boisz się pan rozruchów, pogromu Żydów?

– Nie obchodzi mnie, jaka jest narodowość mordercy, rozumie pan, Kiczałes – odpowiedział zimno Popielski. – Zwracam się do pana nie jako do Żyda, lecz jako do gubernatora, rozumie pan? Do gubernatora!

– Że co? Że jak? – Król podziemia był skonfundowany. Nie kryjąc zdumienia, wpatrywał się w gościa.

– Świat podziemny, świat złodziei i bandytów, jest pańską gubernią, a pan jej gubernatorem. W tej guberni rządzi tylko pan. Pańscy poddani są ludźmi honoru! Żaden kieszonkowiec nie okradnie kobiety w ciąży, żaden bandyta nie napadnie na dziecko, żaden urka nie poharata ani staruszki, ani wariata. Takie są zasady w pańskiej guberni, zgadza się?

– Nu tak. – Z oblicza Kiczałesa nie schodził wyraz zdziwienia.

– A ten skurwysyn – Popielski trzasnął dłonią w gazetę – morderca trzyletniego dziecka złamał wszelkie zasady pańskiego świata. Czy pan dopuści, aby w pańskiej guberni działał taki zwyrodnialec, czy jest to panu obojętne? Przecież ma pan swoją policję, swojego ministra spraw wewnętrznych, który zna każdą norę, gdzie ten bydlak mógłby się ukryć! Nie uruchomi pan swojego aparatu przymusu?

Kiczałes zastanawiał się przez chwilę, czy pytanie Popielskiego nie jest przejawem niedopuszczalnego zuchwalstwa. Oto Łyssy stawia go jak pod ścianą i każe mu coś robić! Jak śmie ten tchórzliwy glina, który jeszcze dzisiaj chciał podać się do dymisji, zmuszać go do wyjawiania swoich planów czy wręcz do współdziałania?! W zamyśleniu otworzył papierośnicę Popielskiego i wyjął z niej papierosa. Zapalił i przyjrzał się łysej głowie komisarza, ledwo już widocznej w słabym blasku lampy naftowej wiszącej na ganku. Ten glina jest za sprytny na to, myślał zaciągając się wonnym dymem egipskiego, żeby tu przyjść i po prostu ode mnie czegoś żądać. On chce mi coś dać w zamian.

– Pan mówi dalij, panie kumisarz, ja słucham, słucham – powiedział, odchyliwszy się na huśtawce.

– Chcę połączyć nasze siły, aby znaleźć mordercę Henia Pytki.

– Pan mówi, pan mówi! To bardzo hecny! Tylku po cu tu wszystku? Czy ja jestem sąd? Czy ja jestem policja? Co to dla mnie za interes?

– Jeśli pan znajdzie dzięki swoim informatorom tego zbrodniarza i dostarczy mi go żywego, zapominam przez rok o istnieniu pańskiej guberni. Każdy urka, który mi powie „jestem od Kiczałesa”, będzie mógł spać spokojnie, każdego natychmiast wypuszczę. Chyba że jakiś zrobi coś podobnego do mordu na Żółkiewskiej. Wtedy go zabiję. – Popielski zgasił papierosa. – Taka jest moja propozycja. Przez rok zapominam o panu i o pańskich interesach. A w zamian otrzymuję mordercę dziecka. Żywego!

– A cu będzi – król podziemia znów się uśmiechnął – jeśli ni ja, ali pan go złapi? Ja stracę czasu, zapłacę ludziom, moi szpicli ruszą do ruboty, a tu co? Pan go łapie, a ni ja! I ja nic z tego ni mam!

– Tak – fotel wiklinowy zatrzeszczał pod Popielskim – wtedy pan nic z tego nie ma. Ta umowa jest bardzo prosta i nie zawiera żadnych aneksów, tak jak proste jest pojęcie honoru i hańby. Albo pan go łapie i ma pan rok wytchnienia ode mnie, albo pan go nie łapie i dalej jesteśmy przeciwnikami. Ale przeciwnikami honorowymi – jak zawsze, jak do tej pory i jak do końca świata! Co pan na to?

Kiczałes wstał i począł spacerować po werandzie. Jego podkute buty stukały po deskach. Popielski odetchnął. Powiedział już wszystko. Spojrzał na las Winnicki. Sprawa Henia Pytki będzie jego ostatnią. Naprawdę ostatnią. Potem odejdzie na emeryturę i zamieszka w takim właśnie lesie jak ten pod Winnikami. Wieczorami będzie czytał poetów starożytnych lub rozwiązywał zadania z algebry liniowej. Tylko jeszcze to śledztwo. Jeszcze jeden impuls do działania. Jeszcze jedna asceza, w czasie której będzie tropił mordercę w zaułkach miasta. Czuł teraz dotkliwie swoją nadchodzącą starość – soki żołądkowe fermentowały pod grubą warstwą jedzenia, żyły zarastały tłuszczem, płuca wapniały od nikotyny. Zamknął oczy i – o dziwo, wbrew wieczornej porze – poczuł senność. Stukot podkutych butów zatrzymał się przed nim. Otworzył oczy. Kiczałes wyciągał do niego dłoń. Popielski ją uścisnął. Tym samym otrzymał swój impuls.

Kwadrans później król wszedł do swojej sypialni. Jego kochanka ubrana była w pończochy, podwiązki i przejrzysty peniuar. Rozpięła mu spodnie.

– Mój ty gubernatorze – powiedziała.

Po chwili już nic nie mówiła.

W skrytości ducha dzielił on również na tercje swoje życie. Arbitralnie przydzielił każdej z nich dwadzieścia pięć lat. Pierwszy odcinek spędził na nauce. Urodził się w roku 1875 we wsi Ostrożec pomiędzy Mościskami a Lwowem. Tam małego Iwana, nadzwyczaj bystrego syna ubogiego chłopa, wypatrzył greko-katolicki ksiądz i po ukończeniu przez chłopca szkoły wiejskiej polecił go łasce pana Onufrego Sosenki, ukraińskiego adwokata i działacza oświatowego Ruskiej Besidy. Ten zaś postanowił samodzielnie finansować naukę chłopca w gimnazjum Franciszka Józefa, a potem znaleźć dla niego poważniejszego dobrodzieja. Nadzwyczajne zdolności Iwana Pidhirnego, zwłaszcza w zakresie nauk przyrodniczych i języków klasycznych, sprawiły, iż – za podszeptem Sosenki – na zdolnego gimnazjalistę zwrócił uwagę sam metropolita greko-katolicki, Sylwester Sembratowicz. Ten dobrodziej biednej i uzdolnionej ukraińskiej młodzieży sfinansował ostatnie lata gimnazjalne Pidhirnego, a potem ufundował mu stypendium, dzięki któremu maturzysta podjął studia medyczne najpierw we Lwowie, a potem – za nakazem metropolity – w Czerniowcach. W roku 1900 na tamtejszym uniwersytecie wręczono mu dyplom medyka opatrzony piękną adnotacją – summa cum laude.

I tu rozpoczął się nowy etap żywotu doktora – lwowska tercja zawodowa i rodzinna. Jej słupami milowymi były małżeństwo, kariera najpierw lekarza, a potem akademika i narodziny trzech synów, z których każdy po kolei zawiódł nadzieje ojca. Pierwszy z nich, Wasyl, zginął, walcząc pod Petlurą o samostijną Ukrainę. Drugi, Serhij, zamiast o niepodległości marzył o dyktaturze proletariatu i jako członek Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy trafił do więzienia w Równem, a potem w wyniku wymiany więźniów znalazł się w Rosji sowieckiej. W tej krainie niegdysiejszych swoich marzeń wnet został zamordowany przez NKWD. Trzeci zaś, najmłodszy syn Iwan junior, zawiódł ojca najdotkliwiej. Wynarodowił się bowiem i po studiach prawniczych we Lwowie zmienił nazwisko na „Jan Podgórny”, po czym udał się do Warszawy, gdzie rozpoczął błyskotliwą karierę adwokacką i polityczną w kręgach sanacyjnych. Doktor Iwan Pidhirny w bilansie swojego życia zaliczał drugą tercję do nieudanych i w jej połowie – w ramach swoistej rekompensaty – pozwolił sobie na szaleństwo, które trzymał w głębokim sekrecie. Ono zresztą szybko się skończyło i teraz medyk sądowy był takim jak zwykle zrzędliwym, irytującym, przenikliwie inteligentnym człowiekiem i genialnym specjalistą w swej dziedzinie.

Popielski znał go od wielu lat, był zatem bardzo zaskoczony, kiedy ów zgodził się na sprzeniewierzenie swojemu trychotomicznemu systemowi i na późne, nocne spotkanie w prosektorium.

Komisarz uznał, że jest to zasługa Zubika, który – kiedy tylko chce – potrafi być na tyle uczynny i skuteczny, by złamać nawet Pidhirnego świętą zasadę trzech wykluczających się tercyj.

Popielski kazał kierowcy Kiczałesa wieźć się na Piekarską, na Wydział Lekarski Uniwersytetu Jana Kazimierza. Było przed północą, kiedy znalazł się na dziedzińcu otoczonym z trzech stron dwupiętrowymi neoklasycystycznymi gmachami, których naukowy charakter określały łacińskie napisy: chimia – medica – hygiena – pharmacologia – physiologia – anatomia – histologia oraz pathologia – anatomia pathologica – medicina forensis. Gmach opatrzony tym ostatnim napisem znajdował się po lewej ręce Popielskiego.

Postać samotnego mężczyzny, zmierzającego szybkim krokiem przez medyczny kampus, nie uszła uwagi pedla, który – trzymając krótko na smyczy dużego wilczura – zaszedł drogę nocnemu gościowi. Rozpoznał natychmiast częstego bywalca prosektorium i ukłonił mu się kurtuazyjnie. Popielski uchylił kapelusza, minął slalomem klomby kwitnących tulipanów i bratków, skręcił w lewo za skrzydło owego gmachu i wszedł doń bocznym wejściem. Po chwili szedł pustymi i ciemnymi korytarzami, w których ściany wrosła rozpaczliwa woń śmierci i rozkładu. Potknął się o jakieś blaszane naczynie. Rozdzwoniło się wokół. W oddali wybiła północ. Wydawało mu się, że słyszy jakieś szmery i śmiechy. Nie był zaskoczony – czegóż innego mógł się spodziewać w prosektorium w godzinę duchów?

Doktor Pidhirny w szczelnie otulającym go fartuchu stał pochylony nad stołem sekcyjnym oświetlonym jaskrawym światłem lampy operacyjnej. Obie dłonie oparł obok małych skurczonych zwłok dziecka. W ustach medyka dymił papieros, drażniąc jego oczy i wywołując łzy.

– Dobry wieczór, panie doktorze. – Popielski zdjął melonik. – Dziękuję, że zgodził się pan spotkać o porze tak nietypowej dla pana doktora.

– Dobry wieczór, panie komisarzu. – Medyk wypluł papierosa do pustego kartonowego pudełka, wszystko rzucił na podłogę i roztarł butem. Spojrzał na Popielskiego załzawionymi oczyma. – Jest pan bardzo miły, ale proszę nie przeinaczać faktów. Ja się wcale nie zgodziłem na żadną propozycję spotkania, ja sam wysunąłem tę propozycję, wiedząc, że pan pracuje po nocach.

– Nie wiedziałem. – Popielski nagle zrozumiał, że sprawa jest bardzo poważna i zganił się w myślach za ciągłe dziękowanie każdemu. Jego kurtuazją wzgardzili dziś i Pidhirny, i Kiczałes. – Myślałem, że przekonał pana do tego nocnego spotkania inspektor Zubik, ale…

– Nie mamy czasu na takie dochodzenia – przerwał mu Pidhirny. – Proszę mnie posłuchać uważnie. Dokonałem sekcji zwłok tego dzieciątka dzisiaj po południu bez żadnej asysty. Nikt nie wie tego co ja. A drugą osobą będzie pan. Dlatego chciałem, abyśmy się w sekrecie spotkali – późną nocą.

Popielski patrzył na pozszywane zwłoki dziecka. Nie koncentrował się jednak ani na jego opuchniętych policzkach, przy tym twardych, jakby pokrytych cienką warstwą brązowego karmelu, ani na czerwonawych łezkowatych ranach i śladach prostych cięć widocznych na całym ciele, ani nawet na kończynach, wykręconych i bezwładnych jak utrącone skrzydła ptaka. Komisarza wciąż dziwiło, dlaczego Pidhirny, który o zwłokach na swym sekcyjnym stole mówił zwykle bezosobowo i beznamiętnie, teraz używa zdrobnienia „dzieciątko”.

– Temu chłopcu metodycznie zadano trzydzieści nakłuć i cięć nożem. – Doktor dotknął jednego z nich na ramieniu. – Ale nie były głębokie i żadne nie było śmiertelne. Lecz w momencie znalezienia ciałko powinno było być zakrwawione. Powinno być brunatno-czerwone albo pokryte połyskliwymi skrzepami. Ale wiemy, że takie nie było. Było tak czyste, jakby je umyto…

– Tak, umyto. – Popielski powtórzył mechanicznie i patrzył na szwy na brzuchu, które w wykonaniu Pidhirnego jeszcze nigdy nie były tak staranne. – Umyto, wytoczywszy pierwej krew. Jakiś szaleniec nakłuł to dziecko, poczekał, aż ujdzie z niego krew, i umył je.

– A ono cały czas żyło – powiedział głucho medyk.

– Wie pan, doktorze, jak bardzo cenię pański kunszt. – Popielski poluzował kołnierzyk pod krawatem. – Pańska ekspertyza jest warta każdego spotkania – w dowolnym miejscu i o dowolnej porze, choćby głuchą nocą na cmentarzu. Proszę jednak o uzasadnienie, skąd pan wie, że malec przy skrwawianiu jeszcze żył?

– Kłuł go żelazem, stąd te obrzęki i brunatne stwardnienia na policzkach. – Pidhirny dotknął twarzy chłopca.

– Nie odpowiedział mi pan na pytanie!

– To dziecko umarło w wyniku złamania kręgosłupa szyjnego! – Medyk jakby nie słyszał napomnienia swego rozmówcy.

– Skąd pan wie, że jeszcze żyło?

– Rany i oparzenia są wcześniejsze może o dobę niż wewnętrzny wylew krwawy w szyi, jaki powstał po złamaniu chłopcu karku! Dzieciątko to żyło wiele godzin, zanim skręcono mu kark. Rozumiesz to?!

Pidhirny rzucił się na Popielskiego i chwycił go za klapy marynarki.

– Rozumiesz pan, ten chłopczyk był torturowany!

Komisarz odsunął się od doktora delikatnie – tak daleko, aż ten puścił jego marynarkę. Podszedł do zlewu i dokładnie umył ręce, choć w prosektorium nie dotykał niczego poza klamkami.

– Żydzi zamykają się w swych domostwach – powiedział, jakby do siebie, wycierając mokre dłonie o spodnie. – W komisariacie na Kurkowej zamknięto bezrobotnego z bańką nafty. Złapano go przy synagodze Złota Róża. Czas nas goni, doktorze. Nie mógł pan wyznaczyć lepszej godziny na nasze spotkanie. Nikt z nas nie ma czasu na sen.

8

– Myśli pan, że wyznaczyłem to spotkanie, kierując się obywatelską troską o Żydów? – Pidhirny stał bez ruchu i patrzył w podłogę.

Popielski wyjął papierośnicę i policzył, ile mu zostało papierosów. Tylko dwa. A do rana było daleko.

– Nie mam czasu na sen – powtórzył w zamyśleniu, przekładając machinalnie papierosy w papierośnicy. – Kiedy po Lwowie grasuje morderca dzieci. Mam półtorarocznego wnuczka…

– A ja… Mam dwuletniego syna. – Pidhirny nie podniósł wzroku, nawet kiedy to powiedział. – Jest pan trzecią osobą, która o tym wie. Oprócz mnie i jego matki.

Popielski wyjął dwa ostatnie papierosy. Jednego z nich włożył Pidhirnemu do ust i podał medykowi ogień. Drugiego zapalił sam. Potem odwrócił się i opuścił prosektorium.

***

– Ja to jestem urzędnik państwowy – odparł dumnie portier. – I mam moją pensję. Ni potrzebuji pańskich cwancygrów. A ten tu kto niby? Pacjynt?

– Tak, być może przyszły pacjent – odparł komisarz. – Jak my wszyscy. Ale popilnowanie go jest rzeczą bardzo odpowiedzialną. I godną urzędnika państwowego. Tak sumiennego jak pan. Źle zrobiłem, wiem. Pan nie jest fiakrem ani bojem hotelowym, któremu się daje napiwki. Pan stoi o niebo wyżej. Ja też, tak jak pan, jestem urzędnikiem państwowym. Policja kryminalna – pokazał portierowi odznakę.

– Słuszni pan prawi. – Portier aż pokraśniał z zadowolenia. – Ali pan tam iść ni moży, do ordynatora, nu na oddział. Taki mamy przepisy! Mam zatrzymać kużdegu i zameldować przez aparat o pańskim przyjściu. A pan zechcy siąść i poczekać.

Popielski kiwnął głową z aprobatą, jakby chwaląc służbistego portiera, i zrobił, jak mu kazano. Portier tymczasem stanął na baczność obok pulpitu z telefonem i wystukiwał widełkami właściwy numer.

– Melduji si posłuszni Durbak Józef – powiedział z namaszczeniem. – Du aparatu jest wzywany pan doktór Lebedowicz. Dobrzy. Ta czeka tu policja kryminalna. Pan doktór Lebedowicz. – Portier spojrzał na Popielskiego. – Jest na linii. Będzie z panym rozmawiał.

Popielski podszedł do pulpitu, słuchawkę przyłożył do ucha i pochylił się nad tubą, do której powiedział wolno i dobitnie:

– Dzień dobry. Tu komisarz Edward Popielski z policji. – Urwał, czekając na jakąkolwiek reakcję swojego niewidzialnego rozmówcy; usłyszał jedynie jakieś mruknięcie, które miało być chyba odpowiedzią na jego powitanie. – Muszę się widzieć z pacjentem Małeckim Anatolem. Śledztwo wielkiej wagi wymaga, abym się widział z nim niezwłocznie.

– Za kwadrans – usłyszał w słuchawce, a potem rozległ się w niej cichy przeciągły sygnał.

Popielski usiadł obok śpiącego Pytki. Poczuł lekki zawrót głowy. Uświadomił sobie, iż jest on być może spowodowany zmęczeniem, a być może – co byłoby gorsze – wyzwalaczami epilepsji, promieniami słońca, które w czasie jazdy dorożką dochodziły spomiędzy kasztanów rosnących wzdłuż ulicy Pijarów. Naciągnął na oczy kapelusz, a na nos nacisnął swe ciemnofioletowe binokle. I znów zakręciło mu się w głowie. Ale nie był to zwiastun ataku padaczki, ponieważ ten zwykle był poprzedzany szumem w uszach i plamkami biegającymi przed oczami, a żadnego z tych symptomów Popielski teraz nie doświadczał. Ten zawrót głowy, a zwłaszcza towarzyszące mu drżenie żuchwy było oznaką zbliżającej się frustracji. Zawsze osobliwie swędziały go szczęki, kiedy pojawiało się to uczucie. Najchętniej zagryzał wtedy zęby na jakiejś szczapie drewna, ołówku, obsadce lub na innych podobnych przedmiotach. Wtedy wszystko mijało.

Wiedział, że teraz frustracja i wściekłość tak szybko nie miną, choćby wbił zęby w okutą poręcz. Bo oto za kwadrans miał się przed nim zjawić człowiek, który siedzi w tej klinice kilka miesięcy, czyli siedział tutaj również i wczoraj, i przedwczoraj. Był tu, na Pijarów, nie czaił się więc na małym podwórku przy Niemcewicza i nie porywał żadnego z bawiących się tam dzieci. Tutaj w sali chorych Anatol Małecki srał pewnie w gacie, rąbał kapucyna albo wcielał się w Napoleona czy w Winnetou, a to oznacza, że nie torturował wtedy małego Henia Pytki. Czyli nie był sprawcą. Popielski czuł głuchą irytację. Drżały mu szczęki. Jak zawsze, gdy trop nadziei stawał się tropem fałszywym.

Usłyszał głośne okrzyki. To pewnie Małecki się zbliżał. Podstawił Pytce pod nos sole trzeźwiące. Ten wzdrygnął się i otworzył oczy. Był całkiem przytomny.

– Słuchaj no, Walerku! – Policjant podniósł głos. – Zaraz tu przyjdzie niejaki Anatol Małecki. Masz powiedzieć, czy to ten, który bywał u was w domu! O którym mówiłeś mojemu zastępcy, rozumiesz?! Gadaj, czy pojmujesz, czego się od ciebie żąda!

– A rychtyk – odpowiedział stary. – Czy ten, co tu przyjdzi, to Tolu Małecki czy nie! To mam bałakać!

– Właśnie tak! No to uważaj i patrz!

Głośne okrzyki zbliżały się z ciemnego korytarza. Po kilku sekundach z mroku wyszedł człowiek ubrany na biało, który głośno złorzeczył i wymachiwał rękami. Zatrzymał się przed portiernią i ze złością spoglądał na Popielskiego.

– To ni jest Tolu Małecki! – powiedział Pytka. – Na zichyr!

– Nu pewni – do rozmowy włączył się portier. – Toż to pan doktor Lebedowicz!

– Do jasnej cholery! – wrzasnął doktor Lebedowicz na Popielskiego. – Pan mi głowę zawracasz! Myślisz pan, że mam czas na pańskie fanaberie, na sprawdzanie pańskich pacjentów!?

Popielski poczuł, że skóra jego głowy zaczyna nabierać wyższej temperatury i ciemnych barw. Szczęki poruszały się już nie tylko w górę i w dół, lecz także na boki. Teraz nie uspokoiłoby go nawet to, gdyby zgryzł żelazny parkan okalający szpital. Zacisnął rękę w pięść, wciskając sobie ostro spiłowane pazury w miękką poduszkę dłoni.

– Miotam się jak Żyd po pustym sklepie! – Doktor obniżył ton i odsunął się nieco od Popielskiego. – Po całym oddziale szukam tego pańskiego Małeckiego, a on od czterech dni na przepustce! Doktor Sucher mnie nie raczył zawiadomić! Nie mógł pan tego wcześniej sprawdzić? Nie mógł pan do nas zatelefonować? Nie traciłbym czasu dla pana!

Popielskiemu przestały chodzić szczęki. Trop nadziei stawał się tropem pewnym. Pociągnął za kołnierz Pytkę, ukłonił się na pożegnanie tylko portierowi i wraz ze starym opuścili szpital. Tym razem Pytka wsiadł do dorożki bez niczyjej pomocy. Obok niego usadowił się Popielski, omal nie miażdżąc swego wątłego towarzysza.

– Na Joselewicza – rzucił fiakrowi.

– Si rozumi, szanowny paniaga – odparł dorożkarz i zaciął konia.

– Gdzie jedziemy? – zapytał Pytka.

– Odwiedzić Tola Małeckiego – odparł Popielski z uśmiechem.

– Tylko my dwaj, oba cwaj? – dopytywał się stolarz z lekkim przestrachem. – Pan chce go złapać?

– Tak.

– On silny jak byku. Panie kumisarzu, trzeba by jeszczy z nami jakieguś pulicaja!

– Podobają ci się twoje nowe buty, Pytka? – zapytał Popielski i sięgnął po papierosy.

– Nu, ta pewni!

– No to przyzwyczajaj się do nich, bo pójdziesz w nich do Częstochowy! Wiesz już, dlaczego nie jest nam potrzebny żaden policjant?

Pytka pokiwał głową i zatarł zrogowaciałe dłonie.

Rozejrzał się dokoła. Ptaki były jedynymi istotami, które zwróciły na niego uwagę. Mężczyzna, który przy pompie mył twarz i kark, ani na niego spojrzał. Za drzwiami Popielski usłyszał człapanie obudzonego człowieka.

– Kto?! – usłyszał dudniący głos.

– Policja! Otwierać!

Cisza. Kroki oddaliły się od drzwi i zbliżyły się do okna. Rozchylił się koc, a za brudną szybą zamrugało zaropiałe od snu oko. Popielski podsunął pod nie odznakę. Koc opadł na okno, a kroki znów zbliżyły się do drzwi. Potem zapadła cisza, która wielce radowała Popielskiego. Wnioskował z niej bowiem, że Małecki się waha, czyby go wpuścić czy też nie. Gdyby był niewinny, nie wahałby się ani sekundy i otworzyłby drzwi.

Drzwi uchyliły się i stanął w nich potężny nieogolony mężczyzna w kalesonach i w podkoszulku. Jego bielizna upstrzona była licznymi żółtymi zaciekami. Z dekoltu wystawały kłębiące się kłaki. Z nosa i z uszu sterczały długie pojedyncze, zakręcone włosy. Z wnętrza izby bił smród zepsutego jedzenia.

– Małecki? Nazywa się pan Anatol Małecki?

– Bo co? – Mężczyzna ukazał braki w uzębieniu.

– To Małecki?! – Popielski krzyknął i spojrzał w bok.

Walery Pytka, myjący się przy pompie i karmiący teraz gołębie, kiwnął twierdząco głową. Małecki spojrzał na niego, uśmiechnął się i uniósł rękę na znak powitania. Wtedy dostał w nos nasadą dłoni.

Popielski po zadaniu ciosu zdjął kapelusz i runął jak byk na toreadora. Trafił głową w pierś Małeckiego i razem z nim wpadł do izby. Poczuł smród potu i ciepłą wilgoć na głowie. Domyślił się, że z nosa atakowanego buchnęła jucha. Podniósł głowę i zobaczył, jak Małecki ląduje na ścianie i osuwa się na wiadro zamknięte deklem. Zawartość wiadra wylała się i Popielskiemu na moment zabrakło tchu od kloacznego smrodu. Lewą ręką sięgnął po browning, prawą po chusteczkę do nosa. Wycelował w Małeckiego. Ten siedział nieruchomo na klepisku i potrząsał wielką kudłatą głową, jakby z niedowierzaniem. Wokół rozlewała się kałuża nieczystości i walały się stare, połamane skrzynki pełne różnych organicznych i nieorganicznych odpadków. W kącie stała żeliwna koza, której rura wychodziła przez otwór w oknie. Ze ściany sterczało metalowe koło, do którego niegdyś przywiązywano konia lub inne bydlę.

– Połóż się na boku. – Popielski nie spuszczał Małeckiego z muszki. – Pod piecem. Dobrze – pochwalił, gdy Małecki zrobił niezwłocznie to, co mu kazano. – A teraz włóż rękę pod piec tak, żeby wystawała z drugiej strony. Przykuję cię do drzwiczek, a potem przeszukam mieszkanie.

Małecki najwidoczniej nie zrozumiał polecenia. Nie ruszał się, uśmiechał i jedynie potrząsał głową. Popielski podszedł ostrożnie z drugiej strony kozy i ukucnął. Z obrzydzeniem uderzył obcasem w mokre od uryny klepisko.

– Włóż rękę pod piec, przesuń się trochę w bok i dotknij nią tu, o tu – mówiąc to, kilkakrotnie stuknął obcasem o podłoże.

Małecki w końcu zrozumiał. Całe jego ramię zniknęło pod kozą, pomiędzy jej nogami. Prawa dłoń wystawała spod pieca. Popielski pochylił się, aby włożyć na nią bransoletkę kajdanek. I wtedy usłyszał huk, brzęk szkła i jęk rozrywanej blachy. Znalazł się w czarnej lepkiej mgle. W ułamku sekundy zdał sobie sprawę, że Małecki jakąś nadludzką siłą uniósł żeliwny piecyk i wyrwał jego rurę, z której cug sypnął obficie sadzą. Cios, który Popielski otrzymał teraz w splot słoneczny odebrał mu oddech. Przez łokieć przeszedł prąd. Palce dłoni straciły jakiekolwiek czucie, a pistolet klasnął w kałuży na klepisku. Usłyszał uderzenie, jakie wydaje z siebie dojrzały melon, spadając z wozu na bruk. Albo ludzka głowa w zetknięciu z pałką. Osunął się na ścianę.

To jednak nie jego głowa wydała ten odgłos, lecz łeb Małeckiego. A to, co w niego uderzyło, to nie była pałka.

Pytka stał na środku izby, a w mocnej sękatej dłoni trzymał siekierę. Małecki leżał na klepisku w pozycji embrionu. Pytka uniósł jeszcze raz siekierę, kierując ostrze w głowę leżącego.

– Stójże! – wrzasnął Popielski. – I zamknij te drzwi!

– Tak jest, pani władzu! Alim bałakał, że to silny byku!

Pytka opuścił łagodnie siekierę i patrzył zupełnie trzeźwo na Małeckiego. Potem wykonał polecenie komisarza. Ten z trudem, zgięty wpół podszedł do dziury w szybie i nabrał głęboko powietrza. Trąciło ono końskimi odchodami, mokrą ziemią i zgniłymi deskami, ale i tak dla Popielskiego było milsze niż wszystkie aromaty Indyj. Rozmazał na czole sadzę i spojrzał na swoje zrujnowane ubranie. Lepiły się do niego tłuste czarne płaty. Prawą nogawkę spodni rozdartą miał na całej długości łydki.

– Żyje? – zapytał z trudem.

– Żyji gad – odparł Pytka. – Ja go tylku obuchym.

Popielski odetchnął kilkakrotnie.

– Kurważ, jak tu śmierdzi – powiedział z obrzydzeniem i oparłszy ręce na kolanach, ciężko oddychał.

– Od smrodu jeszczy nikt ni umarł, a z głodu nikt si ni zesrał – odpowiedział filozoficznie stary.

– Posłuchaj, Pytka. – Popielski się wyprostował. – Słuchasz mnie uważnie? Jesteś pijany czy trzeźwy?

– A trzeźwy jak małe mucko! Bih me, że prawdy bałakam.

– No, to słuchaj. Dziękuję. Uratowałeś mnie przed tym bydlęciem. A teraz mam do ciebie ważne pytanie. Chciałeś go zabić?

– Tak. Ja już mówił, że gada zabiji…

– Chciałeś go zabić, bo on zabił twojego wnuczka, tak?

– Nu tak!

– A skąd wiesz, że to on go zabił?

– To ni moja rzecz, ali pana kumisarza. Pan kumisarz mówi, że to on, no to ja gu zmagulał! I tyli!

– A ja jeszcze nie wiem, czy to on. – Popielski zatkał nos palcami i rozglądał się uważnie po norze Małeckiego. – Rozumiesz, Pytka? Jeszcze tego nie wiem. Albo on sam się przyzna, kiedy się ocknie i go przesłucham, albo znajdę jakieś dowody na niego. Wtedy ci go oddam. Do wyłącznej dyspozycji. A teraz rób, co ci mówię! Tylko to, co ci mówię! Nic więcej!

– Tak jest!

– No to przykuj go do ściany. – Podał Pytce kajdanki i kluczyk. – Tylko dobrze mi go przykuj!

Po chwili jedna bransoletka kajdanek zacisnęła się na grubym przegubie Małeckiego, druga zaś – na wystającym ze ściany kółku.

Popielski zaczął przeszukiwać izbę. Wciąż ściskając nos, rozgarniał nogą stare skrzynki po owocach wypełnione jakimiś szmatami i pakułami. W niektórych z nich piętrzyły się gazety i żelastwo, w innych – ogryzki i skamieniałe, zielone kromki chleba. Wsuwał w te śmieci pogrzebacz, który znalazł pod piecem. Nie mógł jednak znaleźć niczego, co by wskazywało na winę Małeckiego, i straszył jedynie karakony, które cicho czmychały po kątach. Kiedy już przeszukał wszystkie skrzynki, całą swoją uwagę poświęcił starej kozetce pokrytej pościelą bez poszewek. Ze sprzętu wystawały dwie pordzewiałe sprężyny okręcone sznurkami. Na środku kozetki była dziura. Zainteresowała ona Popielskiego, ponieważ jej brzegi były obrębione nitką. Przyjrzał się jej uważnie. W dziurze coś tkwiło, jakby jakaś tulejka. Popielski wyjął z kieszeni scyzoryk i delikatnie rozchylił materiał obicia. Spojrzał na znalezisko i splunął z odrazą. Była to tłusta skóra od słoniny, zwinięta w rulon. Towarzyszka samotnych nocy. Pocieszycielka – wagina.

Zajrzał pod łóżko i wyciągnął spod niego kartonową odrapaną walizkę. Otworzył wieko i oniemiał. Nie musiał już przesłuchiwać Anatola Małeckiego.

– Jest twój – powiedział do Pytki, podszedł do okna i zaczął głęboko oddychać.

Patrzył na dzieci idące z tornistrami do szkoły, na kobiety na galeryjkach, ugniatające energicznie poduszki i pierzyny, na jakąś staruszkę pompującą wodę. Patrzył na to wszystko, lecz tego nie widział. Miał za to przed oczami lalki leżące w walizce Małeckiego. Miały pomalowane na czerwono usta. Między ich nogami widniały niezdarnie wydrążone dziury obramowane narysowanymi atramentem kędziorami. Na kadłubach były obrysy piersi, a w dziurki w ich środku wetknięte były czubki marchewek. Niektóre lalki były obdarzone płcią męską. Czerwone ołówki wystawały spomiędzy ich nóg, a ich pośladki rozdzielone były długą szramą wydrążoną dłutem. Główki wszystkich lalek zgięte były na piersi, a ich tułowia pocięte ukośnymi ranami. Wyglądały jak Henio Pytka, skręcony w wychodku na Żółkiewskiej.

13

Popielski patrzył na podwórko i nic nie widział. Nie zauważył, iż ktoś się szybko zbliża do okna. Nie dostrzegł też metalowego pręta, który doszczętnie rozbił szybę i wylądował na jego czole. Upadł i nie czuł już smrodu kloaki, który wypełniał norę.

– Wie pan co, panie kumisarz? Wie pan, jak najrychlej można złapać jakieguś bandyty we Lwowi?

– Nie pytaj pan, ale mów!

– Idzi si za panym krok w krok, a pan duprowadzi do bandyty. Ja tak zrobił. I złapał bandyty, skurwysyna Małeckiego.

– Nasza umowa – sapnął ze złością Popielski – była nieco inna. Pan go łapie? Dobrze. Ale potem pan mi go oddaje! A w tym punkcie umowy pan nie dotrzymał! I jeszcze dał mi po łbie! Dobrze, żeś mnie nie zabił, Kiczałes!

– Jeszczy raz prószy przebaczenia. – Herszt podziemia pochylił głowę. – Umowa była, rychtyk. Ali pan odchodzi z policji. Wszystkie gazety o tym pisały, a potem pisały, że pan zostaji. Ja sam ni wiedział, co o tym myśleć, panie kumisarz. No bo jeśli pan odejdzi, to nici z naszej umowy. Kto mi dotrzyma pańskiegu słowa jak ni pan?

– To czemu mi pan nie powiedział o swoich wątpliwościach podczas naszej rozmowy w pańskiej willi w Winnikach?! – wrzasnął wściekły Popielski.

– Ktoś z policji mi dał więcyj niż pan – odparł wolno Kiczałes. – Ktoś dał mi dwa lata wolnegu. Dwa lata spokoju. A pan tylku rok. A ten ktoś na pewno ni odejdzi z policji. Ali ja jestem człowiek honoru…

– Milcz, Kiczałes! Ty jesteś zwykły rzezimieszek i czekasz, aż ktoś ci da więcej… Taki jesteś kupiec? Wszystko wystawiasz na aukcję? Ciekawym, czy swoją kochankę też kiedyś zlicytujesz.

Popielski zerwał się z łóżka na równe nogi. I wtedy poczuł się tak, jakby jego głowa dostała się w imadło. Nacisk był tak duży, że przed oczami zaczęły mu fruwać jakieś pomarańczowe płaty, postrzępione na brzegach. Usiadł na łóżku. Otworzył usta i wyrzucił z nich „Milcz, parchaczu!”, po czym opadł na poduszkę i zamknął oczy.

Kiczałes rozejrzał się nerwowo po pokoju. Dostrzegł sole trzeźwiące na nocnym stoliku. Otworzył je, potrząsnął głową ze wstrętem i podsunął pod nos Popielskiemu. Ten szarpnął się gwałtownie i otworzył oczy. Kiczałes wyjął chusteczkę pachnącą perfumami, otarł mu nią głowę z potu i długo patrzył na niego z zatroskaniem. Potem usiadł na łóżku i mocno chwycił dłoń chorego.

– Nazwał mnie pan kiedyś gubernatorym, panie kumisarz – mówił dobitnie. – A oto gubernator si kłania. To znak. Mów pan, czegu panu trzeba! Trzy pański życzenia to dla mni rozkaz. Może mni pan uważać za gudłaja, nędznegu mechidrysa, za byli kogu. Rozumim to. Ali niech pan pamięta. Trzy życzenia spełniam. Jak złota rybka z bajki. Wie pan, gdzi ja urzęduji. W Winnikach. Życzy zdrowia i du widzenia!

Kiczałes wbrew woli Popielskiego uścisnął mu dłoń i wyszedł z pokoju. Pożegnał się bardzo uprzejmie z paniami, a nawet podrzucił do góry Jerzyka. Chłopiec już się nie bał Kiczałesa.

Po chwili herszt podziemia zawrócił, wszedł do sypialni i uśmiechnął się pod swoim cienkim wąsikiem amanta.

– A ta mała, którą pan widział ze mnu w Winnikach, moży być tyż dla pana. W każdyj chwili. Dudatkowu. Oprócz trzech życzyń.

Popielski jeszcze raz rozłożył „Słowo Polskie” i zagłębił się w lekturze notki, która go tak bardzo dziś wzburzyła.

A oto najnowsze wieści w sprawie Anatola Małeckiego. Dobrze poinformowana osoba z biura wiceprokuratora, doktora Juliusza Prachtela-Morawińskiego, wyznała, że dowody przeciwko Anatolowi Małeckiemu mają charakter czysto poszlakowy. To współgra z wypowiedzią sekretarza obrońcy oskarżonego. Przekazał on prasie tę oto wiadomość, iż adwokat, mec. Izydor Pordes – w razie gdyby sąd zdawał się przekonanym przez poszlaki – zamierza wystąpić z argumentem, iż podejrzany był niepoczytalny w chwili morderstwa. Ta nietrudna do udowodnienia okoliczność oznaczałaby dożywotni zakład psychiatryczny, nie zaś szubienicę dla domniemanego zbrodniarza Choć teraz wszystko w rękach sędziego, prezesa Sądu Okręgowego pana Włodzimierza Haninczaka, to i tak wiele wskazuje na to, iż Anatol Małecki uniknie najwyższej kary, którą większość obywateli uważa za najodpowiedniejszą za tę nieporównanie ohydną zbrodnię.

Popatrzył na kasztany w parku. Za pięć bezsennych godzin będzie musiał wstać, aby udać się do pracy. Już nie zaśnie tej nocy. No i co z tego? Nie mógł nie myśleć o pociętym nożem Heniu Pytce! Nie mógł nie roić wymyślnych tortur, jakim poddałby Małeckiego, który obcował ze zwiniętą w rulon skórą słoniny, a pod swoim łóżkiem trzymał połamane lalki z dorobionymi nieudolnie genitaliami. W akcie desperacji Popielski postanowił zażyć na ostatnią część swojej przedpołudniowej nocy proszki nasenne, których zawsze pod dostatkiem miała Leokadia.

Wszedł do salonu, zamknął balkon, a potem udał się do łazienki. Wyjął z szafki blaszane pudełko z napisem „Morfeusz”, rozdarł pergaminową torebkę, a jej zawartość wsypał do szklanki wody. Wypił jednym potężnym haustem – jakby to była wódka, której wcześniej nie zdążył nawet skosztować. Wtedy usłyszał jakiś hałas na balkonie -jakby wpadł tam kamień albo wylądował wielki ptak.

Dotarcie na balkon zajęło mu zaledwie kilka sekund. Na posadzce leżało kartonowe pudło. Wiedziony policyjnym instynktem, najpierw zainteresował się sprawcą, nie zaś zawartością pakunku. Oparł ręce o balustradę i rozglądał się wokół. Nikogo podejrzanego nie dostrzegł. Jacyś studenci stali na skraju parku i rozmawiali, gestykulując nieco teatralnie. Sprzedawca precli przy krawężniku zachwalał swój towar. Jakieś dziecko krzyczało w wózku i nie dało się ukołysać coraz bardziej zdenerwowanej bonie. Popielski odsunął się jak najdalej mógł od pudła i położył się na brzuchu. Sięgnął ręką po karton i uchylił jego wieko. Na szczęście nie dojrzał żadnych drutów. A zatem nie była to bomba. Uniósł głowę nieco wyżej, a potem usiadł na balkonie po turecku i całkiem otworzył pudło. Spoczywało w nim jego stare, lecz porządne i sumiennie odprasowane ubranie, w które niegdyś ubrał pijanego Walerego Pytkę. A pod odzieniem był kawałek lnianego płótna, którym owinięte były buty. Odczyszczone, wypucowane trzewiki z pierwszorzędnego salonu Derby, sięgające ponad kostkę. Jak najbardziej odpowiednie na piesze wędrówki. Albo na pielgrzymkę do Częstochowy, którą Walery Pytka ślubował, lecz ślubu nie dotrzyma, ponieważ gad nie zostanie zabity. Będzie siedział w cieple, walił konia, korzystał z wiktu i opierunku, a któregoś dnia dostanie nową przepustkę i uda się na jakieś inne podwórko wypełnione wesołymi okrzykami dzieci. Popielski wiedział, że jego bezsenności nie pokonają nawet proszki kuzynki Leokadii. Znał inne na nią remedium. Była nim jedna decyzja, a właściwie – jedna rozmowa telefoniczna.

Po chwili stał przy aparacie i mówił do telefonistki zdartym przez nikotynę głosem:

– Poproszę uprzejmie Winniki. Numer 23.

Do najwyższych hedonistycznych wartości Popielski zaliczał oczywiście – jak większość ludzi – obcowanie płciowe oraz oddawanie się pijaństwu i obżarstwu. Były to – wedle jego klasyfikacji – przyjemności skutkujące wyrzutami sumienia, czyli synejdetyczne. Ponadto miały one właściwość kulminacji – narastały, aż osiągały swój szczyt. Po obcowaniu stawał się smutny i apatyczny, zgodnie z Arystotelesowym rozpoznaniem, iż po akcie płciowym każde zwierzę staje się smutne. Po alkoholowych i kulinarnych ekscesach wydawało mu się, iż niszczy swój organizm toksynami i doprowadza go do ruiny. Walcząc ze zgubnymi w swoim mniemaniu skutkami przyjemności synejdetycznych, stosował swoiste odtrutki: wstrzemięźliwość erotyczną, dietę i abstynencję.

O wiele bezpieczniejsze były według niego przyjemności asynejdetyczne, czyli takie, po których nie odczuwał najmniejszych wyrzutów sumienia i które nie miały charakteru kulminacyjnego. Do tychże przyjemności zaliczał Popielski wysiłek fizyczny i epilepsję. W trakcie biegania lub w czasie wywoływanego przez siebie ataku epileptycznego nie odczuwał oczywiście żadnej przyjemności, ale ex post nadchodziło spokojne wytchnienie, całkowite odprężenie, głęboka satysfakcja. Ponadto – o czym Popielski prawie nikomu nie mówił – w czasie ataków epileptycznych nachodziły go osobliwe wizje senne. Owe sny składały się zawsze z dwóch sekwencyj, z których pierwsza dość sztucznie przechodziła w drugą. Na przykład przyśnił mu się kiedyś spacer z małą Ritą po jakimś parku. Nagle jego córka mu uciekła i schowała się wśród krzewów (sekwencja pierwsza). Kiedy wpadł w owe krzaki, okazało się, iż nie jest w parku, lecz na pustyni, a jego córka bawi się piaskiem (sekwencja druga). Zawsze pomiędzy sekwencją pierwszą a drugą były jakieś drzwi, jakaś granica, jakieś przejście. Później przeżywał te sny na jawie, lecz sekwencja druga rzeczywista znacznie różniła się od swojego wyśnionego odpowiednika. Przeżył na przykład na jawie spacer z małą Ritą, która rzeczywiście umknęła mu w krzaki. Kiedy tam wpadł, to oczywiście nie było żadnej pustyni, lecz zagajnik, a Rita nie bawiła się piaskiem, lecz łamała suche patyki.

Takie sny epileptyczne Popielski uważał za sny prorocze i kiedyś nawet kilka z nich wykorzystał w swojej pracy śledczej. A zatem ten stan łączył przyjemne z pożytecznym. Nic zatem dziwnego, że epileptyczna przyjemność asynejdetyczna była często przez niego stosowana i sztucznie wywoływana silnym strumieniem światła, który przerywał, machając ręką przed oczami.

Tak postąpił i teraz. Był sam w domu, służąca miała wychodne, a Leokadia grała w bridża u asesorostwa Stańczaków. Położył się do wanny, nastawił ostre światło lampy biurkowej. Biło ono mu w oczy równomiernie, dopóki pomiędzy lampę a swoją twarz nie włożył dłoni z rozczapierzonymi palcami i nie zaczął nią poruszać – jakby się wachlował. Wtedy ujrzał przed oczami czarne plamki, które zaczęły się ze sobą łączyć i po chwili utworzyły gęsto utkane tło. Teraz czerń zwyciężała i niknęły jedna po drugiej plamki światła. Do tego doszedł charakterystyczny dźwięk – jakby szum wiatru. Popielskiemu zadygotały gałki oczne, zamrugały powieki, a głowa zaczęła lekko uderzać po rozłożonej na oparciu wanny poduszce kąpielowej.

Leżał na plecach na jakimś ruchomym pojeździe i patrzył w górę. Przesuwały się nad nim czarne od sadzy sklepienia podparte kolumnami. Potem pojawiło się więcej światła i w końcu wjechał w jasność. Usiadł, sięgnął po przeciwsłoneczne binokle, ale ich nie znalazł. Był na rozświetlonym słońcem fabrycznym podwórku. Ze wszystkich stron otaczały go ceglane ściany. Na środku stały beczki. Z wnętrza jednej z nich dochodził łomot. Podszedł bliżej. Ze środka słychać było głośne dziecinne łkanie. Obejrzał się i zobaczył kilof leżący na ziemi. Podważył wieko i odrzucił je pod ścianę. Zajrzał do wnętrza beczki. Była ona jakby wypełniona ciemnym kleistym olejem. Z tego oleju wyłoniły się najpierw długie palce, potem szczupłe nadgarstki, a na koniec głowa. Leokadia Tchorznicka uśmiechała się do niego. Jej włosy były kompletnie siwe, a twarz marszczyła się w niezliczonych fałdach. Rozwarła szerzej usta, ukazując żółte zęby. Było ich dużo, bardzo dużo. Za jedną palisadą zębów wyrastała następna. Rosły na podniebieniu i sięgały aż po gardło. Usta Leokadii były jednym wielkim uzębieniem.

Popielski ocknął się. Pierwszą jego myślą było to, iż musi zmienić swoją klasyfikację przyjemności. Kontrolowane ataki epilepsji już do nich nie należały, a wartość przyjemności jako wartość funkcji w jego wykresie była tego dnia minusowa.

Pod księgarnią Gubrynowicza zaszedł mu drogę gazeciarz wymachujący płachtą bulwarówki „Wiek Nowy”. Popielski odpędził go szybkim gestem dłoni opiętej jasnobeżową zamszową rękawiczką.

– Przedwczoraj potwór popełnił samobójstwo! – darł się gazeciarz i wciąż zaglądał Popielskiemu w oczy, niezrażony jego gestem. – Monstrum powiesiło się w szpitalu psychiatrycznym!

Komisarz rzucił chłopakowi kilka groszy, wziął od niego gazetę i schował ją do kieszeni marynarki. Wiedział, czemu poświęcone są tej niedzieli całe szpalty „Wieku Nowego”. Wchodząc do katedry łacińskiej, słyszał jeszcze za sobą okrzyki gazeciarza.

– Dzisiaj msza dziękczynna, zamówiona przez rodzinę Henia Pytki! Katedra łacińska, godzina ósma rano!

Popielski rozejrzał się wokół. Kościół był wypełniony ludźmi tak ciasno, że nie można się było koło nich przecisnąć. Jednak pojawienie się osoby komisarza i widok jego górującej nad tłumem łysej, obandażowanej głowy natychmiast rozproszyły ludzi koło niego. Popielski zauważył, iż otaczający go tłum staje się coraz rzadszy, a on sam ma sporo miejsca wokół siebie. Ludzie szeptali i z daleka pokazywali go palcami.

Poczuł niepokój tak ostry, że doznał zawrotu głowy. Zostałem zdemaskowany, pomyślał. Oparł się ręką o mur. Wtedy z ławki wyszedł jakiś zażywny mężczyzna w średnim wieku i dotknął rękawa Popielskiego.

– Zrobiło się panu słabo, panie komisarzu? – zapytał szeptem spod małego wąsika. – To pewnie od rany na głowie, którą pan odniósł w walce z mordercą… Proszę, niech pan usiądzie na moim miejscu…

Popielski podziękował i usiadł obok małżonki i córki owego uprzejmego pana. Niepokój i zawroty głowy ustąpiły. Walnęły organy i buchnął śpiew „Kiedy ranne wstają zorze”. Msza się rozpoczęła.

Popielski zachowywał się tak jak inni – śpiewał, powtarzał łacińskie sekwencje, klękał i modlił się. Czynił to jednak zupełnie machinalnie. Niewiele do niego docierało. Nie potrafiłby powtórzyć ani słowa z kazania, które zostało wygłoszone z ogromną siłą wyrazu. W głowie czuł szum. Myślał o minionych niedzielnych porankach z Ritą, o jej kręconych, brązowych włosach, ojej radosnych wybuchach śmiechu i ojej ciepłych, nieco spoconych dłoniach, które klaskały o jego łysą głowę, tak jak niekiedy teraz klaskają rączki jego wnuka. Przypomniał sobie, jak kiedyś jego roczna córeczka zacisnęła swe drobne zęby na ojcowskim uchu.

Cisza, która nagle zapadła, przywróciła go do rzeczywistości. Środkiem katedry, pomiędzy dwoma rzędami ław szedł starszy mężczyzna ubrany w szary płaszcz – szorstki jak pokutny wór. W pasie związany był grubym sznurem, a w dłoniach dzierżył sękaty kostur. Na jego barkach spoczywał duży plecak. Stopy Walerego Pytki obute były w trzewiki z salonu Derby.

Stary stolarz podszedł do Popielskiego i nagłym ruchem chwycił go za rękę. Komisarz nie zdążył zaoponować, kiedy stary na oczach całego kościoła przycisnął usta do jego dłoni. Walery Pytka płakał, a jego łzy lały się po dłoni Popielskiego. Tryskały z oczu starego – tak jak przedwczoraj tryskały z oczu mordercy. Kiedy Małecki wyzionął ducha, z jego wybałuszonych oczu trysnęły łzy – znak bezsilnego żalu, niepotrzebnej rozpaczy, spóźnionej prośby o wybaczenie.

– Płacz, gadu – wysapał wtedy Walery. – Płacz nad moim wnukiem!

– Czegu pan kumisarz taki naburmuszony? – zapytał go stary kwadrans później, kiedy wychodzili z kulparkowskiego szpitala przez piwnicę i zamykali wszystkie okna i drzwi pootwierane wcześniej przez strażnika.

– Coś za łatwo mi przychodzi zabijanie ludzi – odpowiedział wtedy.

Teraz w katedrze łacińskiej myślał o tej swojej odpowiedzi, o łzach starego, o wybałuszonych i mokrych ślepiach bestii, o niedzielnych porankach z ukochanym dzieckiem, które stały się bezpowrotną i piękną przeszłością.

Wyrwał rękę Pytce i cofnął się szybko w głąb ławki, omal nie miażdżąc pani, która obok niego siedziała. Pątnik przeżegnał się i ruszył do wyjścia. Cały kościół tłoczył się za nim. Po chwili Popielski był jednym z nielicznych wiernych obecnych w świątyni.

Po kilku minutach wyszedł na plac przed katedrą łacińską. Długo patrzył na portrety Asnyka, Kraszewskiego i Mickiewicza, widoczne nad witryną księgarni Gubrynowicza, jakby w oczach pisarzy szukał zrozumienia. Nie znalazł go i opuścił wzrok. Wtedy poczuł obok siebie woń kobiecych perfum i wesoły okrzyk jakiegoś dziecka. Ocknął się i ujrzał Ritę z Jerzykiem w głębokim wiklinowym wózku.

Obydwoje byli tak piękni, że przyciągali wzrok wszystkich ludzi, którzy jeszcze wcale tłumnie stali pod katedrą. Jego córka ubrana była w wiśniowy płaszczyk i kapelusik takiegoż koloru. Wyłogi płaszcza i rondo kapelusza uszyte były z czarnego aksamitu. Jerzyk miał na sobie wełniane śpiochy, zielony płaszczyk szyty na miarę i wielobarwny malarski beret. Wyciągał ręce do dziadka i piszczał, rzucając się po całym wózku.

– Dzień dobry, tatusiu. Byłam w domu, ale ciotka powiedziała mi, że tutaj tatuś jest. Czy przekazała moją wczorajszą telefoniczną prośbę do tatusia?

Rita uśmiechała się smutno, a jej duże oczy były podsiniałe.

– Nie. – Popielski chwycił Jerzyka pod pachy i uniósł go wysoko. – Nic mi nie mówiła, ale ja wróciłem, jak zwykle, nad ranem, a ciocia wtedy spała. O co chodzi, kochanie?

– Wybieram się dzisiaj do doktora Dorna. Wrócę dopiero wieczorem. Czy tatuś mógłby pójść z Żuczkiem o czwartej na kinderbal do Jańci Markowskiej? Ja odebrałabym go wieczorem… Mogę o to prosić tatusia?

W innych okolicznościach Popielski zirytowałby się tą prośbą. Uważał doktora Dorna, psychologa uzdrawiającego metodami hipnotycznymi, za hochsztaplera, a jego sławę za skutek nachalnej autoreklamy. W innych okolicznościach może nawet odmówiłby Ricie. Ale dzisiaj nie chciał narażać córki, która niedawno przeżyła wielce smutne chwile, na kolejne rozczarowania, a ponadto każda minuta z Jerzykiem była mu bardzo droga.

Popielski podrzucił chłopczyka, a potem posadził go na barana. Mały rozglądał się wokół triumfalnym wzrokiem. Komisarz przypomniał sobie w mgnieniu oka roześmianą twarzyczkę małej Rity i zawzięty wyraz jej twarzy, gdy otwierała mu na siłę oczy. Teraz to miało wrócić, a zamiast Rity miał bawić się z nim jego ukochany wnuk. I nikt już temu nie przeszkodzi! A zwłaszcza zboczeniec, który rąbie kapucyna rulonem słoniny i rozdziera nożem ciałka małych dzieci!

– Jerzyk jest już bezpieczny w tym mieście. – Uśmiechnął się do córki.

– Nie rozumiem – zasępiła się Rita. – Groziło mu coś złego?

– Chciałem powiedzieć, że Jerzyk jest u mnie bezpieczny. – Popielski podrzucił chłopczyka. – Może być w każdą niedzielę, a nawet nocować!

Ludzie pod katedrą patrzyli na tę scenę, lecz zaraz podążyli wzrokiem w górę ulicy Rutowskiego, gdzie na wysokości kościoła Jezuitów niknęła postać starego pielgrzyma. Wyjątkiem był pewien mężczyzna w meloniku, który najpierw coś notował, a potem już nie spuszczał oczu ze szczęśliwego dziadka.

Chevrolet Popielskiego skręcił w lewo i wjechał w ulicę Własna Strzecha, po czym zatrzymał się obok żelaznego parkanu opatrzonego numerem 13, nad którym wznosił się orzeł trzymający w szponach tarczę z napisem „Haec domus domino suo est laetitiae”. Komisarz zamyślił się przez chwilę nad gramatyczną konstrukcją domino – laetitiae. Kiedy już ją zidentyfikował jako kunsztowny podwójny dativus i przetłumaczył dosłownie to zdanie „Ten dom jest swojemu panu ku radości”, wysiadł, odpiął pasek obejmujący siedzenie i poprowadzony pod szelkami Jerzyka, a potem wziął małego na ręce. Rozejrzał się po uliczce położonej pomiędzy zalesionymi i ukwieconymi dzielnicami Zofiówką, Persenkówką i Wulką. Dawno nie był w tym rejonie – ostatni raz przed czterema laty w niedalekiej elektrowni miejskiej, gdzie pewien pijany instalator usmażył się w stacji transformatorowej. Na ulicy Własna Strzecha był w ogóle po raz pierwszy. Stał zatem i przyglądał się z zainteresowaniem kilku domom, z których jednak żaden nie mógł się równać z jego przyszłym mieszkaniem na Ponińskiego. W jego chłodnym przestronnym wnętrzu, myślał, Rita na pewno dojdzie szybko do siebie po niedawnych smutnych przeżyciach.

Ta willa, przed którą teraz stał, należała do inżyniera Wincentego Markowskiego. Otaczający ją ogród wypełniony był gromadami biegających dzieci, zaproszonych tutaj na urodziny trzyletniego Kazia Markowskiego, syna pana domu. Jednym z gości był roczny Jerzyk Popielski, który – jak głosiło oficjalne i dowcipne zaproszenie – „z racji swych jeszcze niedoskonałych umiejętności przemieszczania się upraszany jest o przybycie w zacnym towarzystwie swej Mamy”. Ponieważ mama podlegała teraz hipnotycznym zabiegom doktora Dorna, honory opiekuna Jerzyka pełnił jego dziadek.

Wpuszczony przez służącego na teren posesji wszedł do ogrodu, w którym ustawiono namioty, ławki, wiklinowe fotele i niezliczone huśtawki. Zajęte one były przez panów i panie w jasnych letnich ubraniach. Wszyscy oni trzymali w dłoniach papierosy lub szklaneczki z ponczem i patrzyli z zainteresowaniem na Popielskiego, który rozglądał się wokół nieco zakłopotany. Nie znał tu nikogo oprócz solenizanta i jego matki, młodej żony inżyniera, z którą Rita ostatnio się poznała na dziecińcu w parku Towarzystwa Zabaw Ruchowych. Chciał czym prędzej wytłumaczyć nieobecność swojej córki jej chwilową niedyspozycją.

Po sekundzie miał już okazję to uczynić. Pani Janina Markowska, zwana przez Ritę „Jańcią”, podeszła do niego wraz z dwojgiem swoich dzieci, trzyletnim Kaziem i pięcioletnią Fredzią.

Dzisiejsze przyjęcie było pomyślane jako tematyczny bal przebierańców. Otóż prawie wszystkie dzieci przebrane były za kwiatki. Kazio Markowski miał na głowie okrągłą czapkę, z której zwisały owalne płatki żółtej bibuły, jego starsza siostra – czerwoną koronę, lekko spryskaną wodą. Popielski pierwsze dziecko uznał za słonecznik, drugie – za mak. Żadnych kwiatków w strojach innych dzieci nie rozpoznał, ponieważ jego znajomość rodzimej flory była nader uboga. Wspólnie z Leokadią ustroili Jerzyka w koronę z drobno pociętej białej bibuły i w zielony krawacik, co miało niby oznaczać, iż jego wnuczek jest konwalią.

– Jaki śliczny kwiatek! – krzyknęła pani Markowska do Jerzyka, a potem wyciągnęła z uśmiechem dłoń do Popielskiego. – Czy pański wnuczek jest niezapominajką, panie komisarzu?

– Niezapomniane to są tylko te chwile, kiedy widzę panią inżynierową. – Ucałował jej dłoń i poczuł od niej zapach alkoholu. – Jerzyk natomiast miał być konwalią. A tak prawdę mówiąc, to najchętniej ubrałbym go tak, aby pani nie rozpoznała, czym de facto jest.

– A to dlaczego? – Markowska uśmiechnęła się.

– Bo wtedy- Popielski spojrzał jej głęboko w dekolt – mógłbym dłużej z panią porozmawiać… Być dłużej blisko niej…

– Pozwolisz Jerzyku, że zabiorę cię na chwilę do innych dzieci? – Kobieta się wyraźnie zarumieniła i wyciągnęła do małego ręce.

– Nie pozwól – powiedział Popielski do wnuka, który jednak wcale dziadka nie posłuchał i chętnie dał się unieść pięknej pani.

– Jak pan widzi, panie komisarzu – Markowska oddalała się z Jerzykiem na ręku – jest on uległy niewiastom…

– I tutaj całkiem wdał się w dziadka – odparł jak najniższym ciepłym tonem, który, jak wiedział, zawsze podoba się kobietom.

Inżynierowa teraz spojrzała na policjanta bez uśmiechu. Nie było to jednak spojrzenie ani pogardliwe, ani odpychające. Było po prostu uważne. I mogło – choć wcale nie musiało – oznaczać coś, co Popielski natychmiast poczuł w swoich spodniach.

Usiadł na huśtawce i nie spuszczał wzroku z pani Markowskiej oddalającej się z Jerzykiem i ze swoimi dziećmi niepewnym krokiem. W imaginacji czuł jej gorący alkoholowy oddech, słyszał jej okrzyki, ocierał się o jej jedwabistą skórę. Uwielbiał szczupłe kobiety o wąskich biodrach i dużych piersiach. Uwielbiał staranny makijaż, buty na wysokim obcasie i pończochy ze szwem na łydce. Uwielbiał perfumy z nutą wanilii, pomalowane na czerwono paznokcie i łaskoczące pawie pióra. A to wszystko miała pani inżynierowa.

Wypił duży łyk ponczu, położył się na huśtawce i spojrzał na kołyszące się nad nim korony drzew. Uspokojenie nadchodziło powoli. Uświadomił sobie, że uwielbia też święty spokój, a romans z zamężną kobietą był zaprzeczeniem tego upragnionego stanu.

Jako reakcję obronną przed nachodzącym go pożądaniem zastosował prostą zasadę wpojoną mu przed wielu laty przez kolegę gimnazjalnego księdza Józefa Blicharskiego, z którym w „arcyknajpie” Atlas wypili przez wszystkie lata chyba cysternę wódki macicznej. „Powiadasz, Edi, że pragniesz każdej kobiety, jaką widzisz? No to najzwyczajniej w świecie nie patrz na nie! Ja tak robię i mam spokój od Priapa”.

Kierując się wskazówką swojego przyjaciela, nie spoglądał zatem na niewiasty. Za to dubeltowo palił papierosy, umiarkowanie pił poncz, cieszył się słońcem i dyskutował o polityce z mężczyznami, głównie z panem domu, z którym się był zapoznał. Z tych zajęć, które skutecznie go chroniły przed strzałami Amora, a może raczej przed zachowaniami priapicznymi, wyrwała go niestety właśnie pani Markowska.

Biegła przez ogród, trzymając Jerzyka pod pachą. Pielucha tkwiąca w kroku małego obsunęła się w dół. Mocno obciążone śpiochy i charakterystyczna woń, wyczuwalna z daleka, uświadomiły Popielskiemu, że jego wnuczek spłacił przed chwilą duży dług naturze. Komisarz odebrał od pani Markowskiej Jerzyka. Patrząc na spódnicę opinającą się na jej smukłych udach, zrozumiał, że też chętnie spłaciłby dług naturze – lecz był on całkiem innego rodzaju.

Po kwadransie wyszedł z łazienki, gdzie przebrał Jerzyka w czystą pieluchę. Zatrzymał się w hallu i rozejrzał się wokół ukradkiem. Nikogo nie było. Wciąż trzymając wnuka na ręku, wykręcił numer telefoniczny.

– Poproszę Winniki 23.

– Proszę uprzejmie – usłyszał słodki głos telefonistki.

– Haloo! – Kiczałes zaakcentował ten wyraz na ostatniej sylabie.

– Bardzo ładny akcent – powiedział Popielski. – Oksytoniczny.

– Ma pan drugie życzenie do złotej rybki, panie kumisarz? – W słuchawce rozległ się lekki szum, jakby Kiczałes wypuszczał dym.

– Mam życzenie. Ale nie drugie ani nie trzecie, lecz to, które pan uznał za gratisowe. Rozumiemy się?

– Wiem, wiem. – Kiczałes parsknął śmiechem. – Gdzie i o której?

– O wpół do ósmej na dworcu, na peronie drugim. Wróci pojutrze.

– Git – odpowiedział Kiczałes i się rozłączył.

Popielski wyszedł z Jerzykiem do ogrodu i udał się do wyjścia, rzucając dookoła grzeczne „do widzenia”.

– Już pan wychodzi, panie komisarzu? – zapytała pani Markowska. Już nie zajmowała się dziećmi, lecz stała pod namiotem i bawiła się pręcikiem wykałaczki, na którą nabita była kandyzowana wiśnia zanurzona w koktajlu.

– Tak – odparł, nie patrząc jej w oczy. – Jerzyk o tej porze zwykle śpi.

– O piątej po południu?

– Tak. O piątej po południu. Do widzenia pani.

Niedowierzanie w lekko zmienionym głosie pani inżynierowej było w pełni uzasadnione. Popielski ją okłamał. Gdyby chciał powiedzieć prawdę, musiałby rzec: „Wychodzę, bo sklep Berty Stark jest czynny tylko do szóstej, a muszę w nim kupić pończochy ze szwem. Właśnie takie, jakie ty nosisz”.

19

W pobliskim hotelu Polonia przy ulicy Basztowej Popielski udawał się – zgodnie ze swoim dobowym rytmem – na spoczynek, a dziewczyna – na śniadanie. Następnie, zaopatrzona wcześniej przez swojego dobrodzieja w niezbędne fundusze, szła na spacer lub do kawiarni. Z Popielskim, już wyspanym i spragnionym kobiecych wdzięków, spotykała się późnym popołudniem w hotelu. Tam komisarz po raz trzeci dawał jej możliwość wykazania się swoją ars amandi, po czym wieczorem udawali się w podróż powrotną do Lwowa.

I tutaj następowała najmniej ulubiona przez Popielskiego część eskapady. Wcześniej nie musiał wiele rozmawiać z żadną z dziewcząt, bo albo korzystał z ich ciał, albo z nimi jadł, albo samotnie spał w hotelu. Ale później, po zajęciu miejsc w slipingu pociągu powrotnego, po zjedzeniu kolacji i po czwartym – czasami nieudanym z racji wieku i przemęczenia – akcie opery miłosnej, następowały chwile krępującej ciszy. Partnerki Popielskiego nie zawsze stawały się po tym wszystkim senne, a wpychanie ich wbrew woli w ramiona Morfeusza okazywało się bezskuteczne. Kolejowi kochankowie skazani byli zatem na własne towarzystwo, na chwile ciszy lub na dialogi pozorne, nudne, z trudem podtrzymywane. Popielski usiłował temu zapobiegać zawczasu, wybierając dziewczyny w miarę inteligentne i wykształcone, lecz o takie, po pierwsze, było niełatwo, a po drugie – często chuć budziła się w nim nagle i wtedy w doborze damy podróżnej skazany był na przypadek.

Dwudziestoletnia Irenka, utrzymanka Moszego Kiczałesa, nie była ani inteligentna, ani zbytnio zainteresowana tematami poruszanymi zdawkowo przez Popielskiego. Komisarz jednak w jej towarzystwie nie nudził się ani chwili. Powodem była jej niewyczerpana gadatliwość, niespożyta, radosna energia oraz niezbite przekonanie, iż nie ma na tym świecie mężczyzny, u którego nie obudziłaby ukrytych pokładów wydolności. Irenka zajmowała się zatem głównie budzeniem owych mocy w swym partnerze, a potem – kiedy już osiągnęły one kulminację – bawieniem go skocznymi piosenkami albo balladami o miłości z lwowskich przedmieść, które wyśpiewywała pięknym głosikiem przy akompaniamencie mandoliny.

Popielski nie miał zatem żadnego zmartwienia natury konwersacyjnej i towarzyskiej w drodze docelowej ani powrotnej. Nie zajmował się niuansami filozoficznymi pisarzy starożytnych, nie odczuwał żadnych wyrzutów sumienia ani Weltschmerzu, a ponadto – czuł się mężczyzną o siłach i potrzebach seksualnych młodzieńca, który chędoży jak sylen i o nic więcej nie dba.

Kiedy w drodze powrotnej zmęczona Irenka zasnęła z dłońmi na mandolinie, Popielski wyjął z jej rąk pękaty instrument, przykrył śpiącą kocem, wyszedł na korytarz, uchylił okna i przeciągnął się tak mocno, aż trzasnęły kości.

Pociąg zwolnił i zatrzymał się. Popielski zapalił egipskiego i spoglądał zamyślonym wzrokiem na dobrze mu znany peron w Mościskach. Mimo bardzo wczesnej pory panował tu duży ruch. Tragarze wyładowywali wielkie pudła, które Popielskiemu kojarzyły się z trumnami, jakiś żołnierz na przepustce żegnał się z płaczącą głośno narzeczoną, mały gazeciarz w o wiele za dużych butach narciarskich biegał po peronie i wykrzykiwał jakieś sensacje i rewelacje, a konduktor podkręcał wąsy i patrzył na jednostajny bieg wskazówki sekundnika na dworcowym zegarze. Na peronie zadudniły naraz buty kolejarza, który wypadł z budynku dworca i zmierzał szybko ku wąsatemu konduktorowi. W dłoni dzierżył jakąś kopertę.

– Depesza do komisarza Popielskiego z nocnego Kraków-Lwów! – krzyknął kolejarz i wręczył kopertę konduktorowi.

Ten odwrócił głowę i spojrzał na Popielskiego. Komisarz wyciągnął rękę z okna, odebrał kopertę i podziękował konduktorowi. Rozerwał ją i przeczytał depeszę.

Przeciągły gwizd lokomotywy. We Lwowie podejdzie do ciebie dorożkarz. Stop. Huk i syk pary. Rozpozna cię po łysinie. Stop. Gwizdek konduktora. Pojedziesz z nim na pewne podwórko. Stop. Rytmiczny łoskot. Na podwórzu będzie czekać na ciebie okaleczone dziecko. Stop. Irenka wychodzi z przedziału i obejmuje Popielskiego. Chcesz zobaczyć to dziecko? Stop. Popielski odpycha Irenkę. Chcesz, bo jest ono bardzo, ale to bardzo dobrze ci znane. Stop. Dziewczyna się zatacza i z trudem łapie równowagę. Zobaczysz, czym jest piekło. Stop.

MEGAJRA

(…) Popełnione przez nas grzechy nie są grzechami, jeśli sprawiają nam ból.

Mistrz Eckhart, Pouczenia duchowe

– Kraszewskiego, pani szanowny – zawołał dorożkarz.

Popielski otworzy! Oczy, zakrył je fioletowymi binoklami i wyskoczył na chodnik. Pod bramą stróż, pan Włodzimierz Gofryk, zamiatał na jedną kupkę kulki papierów, ogryzki i niedopałki.

– A dziń dobry, panie kumisarzu – zawołał Gofryk.

– Nie wie pan, czy ktoś jest u mnie w domu?

– A na masz! W domu ta nikogu ni ma. Pani Leokadia z Haniu gdzieś z samegu rana podrałowali.

– Jedź pan na Trzeciego Maja beze mnie i czekaj tam na mnie pod kamienicą Rohatyna! – wrzasnął Popielski do fiakra.

Powiedziawszy to, przebiegł sprintem ulicę Słowackiego, minął gmach uniwersytetu i zatrzymał się pod przepiękną kamienicą z rzeźbami rycerzy na froncie. Wpadł do klatki schodowej i od razu natknął się na zwalistą postać administratora budynku pana Leona Hissa.

– Pan do kogo? – burknął Hiss i zagrodził mu drogę.

– Nie poznaje mnie pan? – Popielski z trudem się hamował, aby nie złapać administratora za bary i nie zrzucić ze schodów. – Ja do mojej córki, do Rity i do wnuczka… Nie wie pan, czy są w domu, czy gdzieś wychodzili…

– A co to ja jestem stróż pańskiej córki? – oburzył się Hiss, który na niedawną wiadomość, iż Rita się wyprowadza, zgubił gdzieś swoje grzeczne uniżenie. – A skąd ja mam to niby wiedzieć?

Popielski wyminął Hissa, pobiegł na drugie piętro i zapukał do drzwi apartamentu zajmowanego przez Ritę. Potem już nie pukał, tylko walił w nie pięściami. Cisza, milczenie, a potem zgrzyt jakichś innych otwieranych drzwi i zdziwione okrzyki lokatorów.

– Co pan tu wyprawiasz? – krzyknął Leon Hiss, gramoląc się po schodach. – Tu jest porządny, pierwszorzędny dom! Tu nie miejsce na burdy i walenie w drzwi! I całe szczęście, że pańska córunia się stąd wyprowadza! Tu nie miejsce dla osób z taką reputacją!

Popielski zdjął z oczu binokle, aby lepiej widzieć administratora w nieco przyciemnionym świetle kinkietów ozdabiających ściany korytarza. Hiss stał w rozkroku, opierając pięści na biodrach, i wypinał w stronę komisarza potężny brzuch opięty kamizelką z dewizką. Jego nalaną twarz wykrzywiało sine oburzenie.

Popielski wykonał szybki ruch i strącił melonik Hissa na ziemię. Ten, zaskoczony zachowaniem komisarza, schylił się, aby podnieść swe nakrycie głowy. Wtedy Popielski wymierzył mu silny cios otwartą dłonią. Trafił Hissa prosto w ucho. Administrator zachwiał się i oparł bokiem o ścianę. Wtedy dłoń Popielskiego odcisnęła się z głośnym klaśnięciem nad czołem Hissa, a siła uderzenia odrzuciła bitego na drugą ścianę. Policjant pochylił się nad siedzącym w kucki administratorem, który się trzymał za głowę, i zaczął wymierzać mu silne klapsy, celując dłońmi w wolne miejsca na głowie. Łysina Hissa wnet stała się czerwona, a administrator kiwał się na boki, wciąż rozpaczliwie starając się zachować równowagę. Wtedy Popielski oparł but na jego ramieniu i rozprostował nogę. Hiss runął plecami na szeroki purpurowy chodnik wyściełający korytarz. Komisarz pochylił się nad nim, a jego binokle przeciwsłoneczne wysunęły się z kieszonki marynarki i upadły na podłogę.

– Milcz, parchu, i nie ośmielaj się nigdy mówić niczego złego o mojej córce.

Na całą tę scenę patrzyła sąsiadka Rity panna Winter, niewiasta czterdziestoletnia, egzaltowana i wiecznie zmigrenowana pianistka z opery. Popielski poznał ją był kiedyś i teraz szarmancko się jej ukłonił, otarłszy pot z czoła.

– Gwałtu, rety! – wrzeszczał leżący na plecach Hiss. – Ja na ciebie skargę złożę, ty łobuzie! Ty już jesteś w kryminale! A masz, ty bandyto, a masz!

I powiedziawszy to, uderzył w całej siły w binokle Popielskiego, tłukąc ich fioletowe szybki w drobny mak.

– Biorę panią na świadka, panno Winter – wrzeszczał Hiss, gramoląc się z podłogi – że to chamidło mnie napadło!

Panna Winter patrzyła na Popielskiego rozszerzonymi źrenicami. Komisarz również nie spuszczał z niej wzroku. W oczach panny Winter wyczytał wiele sprzecznych uczuć – przerażenie, niepokój, a nawet szczególne zainteresowanie całą sceną – nie ujrzał w nich jednak ani śladu współczucia dla administratora.

– Rita wyszła z Jerzykiem dwie godziny temu – powiedziała panna Winter. – Nie mogłam spać i widziałam ich obydwoje przez wizjer w drzwiach. Przez ścianę słyszałam, że Jerzyk nie spał w nocy i płakał.

– Dziękuję. – Popielski wybiegł z kamienicy i wskoczył do czekającej na niego dorożki.

Zamknął oczy, aby nie widzieć światła słonecznego, i ciężko dyszał, oblewając się potem. Mimo że sprint z Kraszewskiego, bieg na drugie piętro oraz sponiewieranie Hissa wyczerpały go fizycznie, przyniosły mu jednak pewne umysłowe odprężenie. Ten wysiłek go oczyścił, przywrócił rozumowaniu jasność, był jak gwałtowna ulga, jak gniewne rzucenie talerzem o ścianę, jak kopnięcie w drzwi znienawidzonego zwierzchnika. Odprężenie było jednak tylko chwilowe. Leżał wciąż w dorożce z zamkniętymi oczami, a gardło dławił mu strach o Jerzyka. Pytania kłębiły mu się w głowie. Dokąd wyszła Rita? Dlaczego Leokadii nie ma w domu? Dlaczego autor listu nie napisał wprost, że okaleczonym dzieckiem jest Jerzyk? Żeby trzymać Popielskiego w niepewności? Żeby go psychicznie torturować? A może tym dzieckiem nie jest jego wnuk?! Otworzył oczy i spojrzał na zegarek. Była ósma rano. Depeszę otrzymał w Mościskach o wpół do siódmej. Rita wyszła z dzieckiem o szóstej? Dokąd? Po co? Tak wcześnie?

Pod więzieniem u Brygidek słońce wlało się wielką falą w ulicę Kazimierzowską i niebezpiecznie poraziło jego oczy. Szybko je zamknął i zaczął myśleć o dorożkarzu. Może on nie jest w zmowie z autorem listu? Nie zaprotestował przecież, kiedy zmieniłem trasę! Dostał pięć złotych i było mu obojętne, którędy jedzie i kiedy dojedzie do tej fabryki ultramaryny. Pięć złotych to dużo. Taki kurs z dworca na Słoneczną kosztuje według taryfy nie więcej niż złotówkę. Jeśli fiakier jest w zmowie, to na pewno wie, kogo wiezie, i z całą pewnością będzie chciał uciec natychmiast po dojechaniu na miejsce. Ale dlaczego miałby uciekać? By uniknąć przesłuchań, śledztwa, by po prostu nie trafić do aresztu! Jeśli zaś jest niewinny, to poczeka na mnie. Wypróbuję go! Każę mu zaczekać i dodam złotówkę za fatygę! Albo i nie! Po co tracić złotówkę?

Usłyszał dzwon straży pożarnej. Otworzył oczy. Na ulicy Słonecznej panował spory ruch. Dorożka, którą jechał, zatarasowała drogę samochodowi strażackiemu. Aby ją odblokować, fiakier wjechał do długiej przelotowej bramy naprzeciwko fabryki ultramaryny. I wtedy Popielski się przeraził. Oto przeżywał deja vu. Przesuwały się nad nim czarne od sadzy sklepienia. Już je kiedyś widział – w swojej epileptycznej wizji, po wymierzeniu sprawiedliwości Anatolowi Małeckiemu. Wiedział, że zaraz się znajdzie na podwórku, na którym stać będą beczki. A z jednej z nich będzie dochodzić dziecięce łkanie. W jego wizji wynurzyła się z tej beczki Leokadia, ale wiedział, że druga sekwencja epileptycznego widzenia nigdy nie zgadza się z rzeczywistością. A zatem zaraz będzie beczka, a w beczce kto? Przecież nie Leokadia, jak w wizji, lecz ktoś inny! Okaleczone dziecko, które „bardzo, ale to bardzo dobrze zna”.

Strażacy zniknęli, a dorożka przejechała przez ulicę Słoneczną i tam się zatrzymała przed szlabanem blokującym wjazd do fabryki. Popielski wyskoczył z dryndy, wyjął browning i kazał woźnicy usiąść na ziemi przy swoim pojeździe. Przykuł go do koła, przeszedł pod szlabanem i rozejrzał się wokół. Był na podwórku zamkniętym z dwóch stron parterowymi budynkami fabrycznymi, z których nie dochodziły najlżejsze nawet dźwięki. Jeden z budynków był typowym warsztatem fabrycznym, drugi – magazynem z rampami i pootwieranymi na oścież drzwiami. Nad całym podwórzem wznosiła się wielka, nieotynkowana ściana sąsiedniej kamienicy. Zardzewiałe framugi otwartych drzwi na rampie ze smugami starej zaschniętej farby oraz pajęczyny w drzwiach wskazywały, iż od dawna nie używano tych składowisk. Pusta, opuszczona fabryka. Z odbezpieczoną bronią szybko pobiegł w stronę magazynu. Podszedł ostrożnie do beczek. W małym warsztacie po jego lewej ręce otwarte były wszystkie okna na stryszku. Każdy strzelec, stojący w jednym z tych okien, miałby go jak na dłoni.

22

Zadrżał – jego wizja się urzeczywistniła. Na podwórku, pod rampą było z tuzin blaszanych beczek z napisem „farba”, „lakier” i „wybielacz”. Niektóre stały obok siebie, inne ustawiono jedna na drugiej. Był tam też kilof. Poczuł, że przenika go lodowaty chłód. Wszystko się zgadzało. Wszystko. Nawet łkanie i płacz dziecka, zamkniętego w jednej z beczek.

Popielski, nie dbając o swoje bezpieczeństwo, chwycił kilof i odwalił wieko tej beczki, z której dochodził płacz dziecka. Spojrzał w głąb i poczuł, jak jego serce zamienia się w gorący połeć mięsa, który szybko przesuwa się w górę, zatykając mu przełyk. W beczce siedziało dziecko bardzo dobrze mu znane. Trzyletni Kazio Markowski. W obu jego nóżkach nad kolanami wysklepiały się nienaturalne bulwy. Miał połamane nogi. I poprzesuwane kości.

Jego garderoba leżała porządnie złożona na jednej z beczek obok browninga. Popielski szybko, na środku podwórza, włożył bieliznę, spodnie oraz buty i pobiegł do szlabanu. Dorożkarz wciąż tam leżał, przykuty do koła, i wodził za komisarzem wściekłym wzrokiem.

– W jaki sposób go niósł? – zapytał Popielski, pochylając się nad fiakrem, lecz woń przetrawionego czosnku natychmiast go odrzuciła. – Czy dziecko bardzo płakało?

– Iii tam – mruknął dorożkarz. – Wcali ni płakało… Spało… Ucik z tym muckiem, będzi z pół gudziny… No rozkuj mnie pan, bo wszystku zdrętwiału!

– Dlaczego twój wspólnik, który niósł połamane dziecko, nie zabrał cię ze sobą? – Popielski z ulgą skonstatował, że Kazio mógł być nieprzytomny i nie odczuwać wcale bólu.

– Jaki wspólnik? – Zdziwienie fiakra zdawało się autentyczne.

Ale Popielski widział wiele takich „autentycznych” zdziwień w swojej policyjnej karierze. Widział już takie osiągnięcia aktorskie, że zdumienie, brzmiące w głosie dorożkarza, mogło być tanim, kiepskim zwodem. Wziął potężny zamach i trafił kantem dłoni w brudną szyję. Fiakier szarpnął się na uwięzi i zacharczał jak pies.

– Ty cepie! – ryknął komisarz. – Ty myślisz, że nie wiem, że twój kompan zostawił cię tutaj dla niepoznaki, aby mnie zmylić! Abym myślał, że naprawdę wynajął cię jakiś batiar? Co? Jak to powiedziałeś? Batiar zza drąga? Ty kanalio bolszewicka! Jak się nazywa twój wspólnik? Razem z nim połamałeś to dziecko?

Kolejny cios w grdykę odebrał fiakrowi mowę. Oczy i język wyszły mu na wierzch, a w płucach rozległ się jakiś wysoki, piskliwy ton.

W tym momencie Popielski wydał podobny dźwięk jak bity przez niego człowiek. Coś cienkiego i metalicznego wdarło się w świeżo zabliźnioną ranę na głowie. Na czole i na karku poczuł ciepłe strumyki. Odwrócił się gwałtownie i odskoczył w stronę dorożki prawie na ślepo, gdyż krew zalewała mu oczy. Klęcząc, otarł ją z powiek i przed portiernią ujrzał chwiejącego się na wszystkie strony człowieka z dorożkarskim batem. Człowiek ten, ubrany w brudny mundur i najwyraźniej kompletnie pijany, darł się radośnie i zamiatał dokoła batem. Jeszcze raz świsnął ostrym rzemieniem, zakończonym metalową kulką, w stronę Popielskiego. Stracił przy tym równowagę i runął na bruk, wydając przy tym dźwięk będący mieszaniną głuchego uderzenia i głośnego klaśnięcia.

Popielski pochylił się nad nim i spoliczkował go kilkakrotnie. Pijak nie reagował. Komisarz obejrzał jego głowę i kończyny. Wszystko wyglądało na nienaruszone. Jeszcze raz go spoliczkował i poczuł ostry ból w przegubie. Za często biję ludzi, pomyślał z nagłym rozgoryczeniem. Pijak otworzył oczy, uśmiechnął się szeroko do Popielskiego, a potem zamknął na powrót powieki i zachrapał donośnie.

Komisarz wyjął chustkę z kieszeni spodni. Otarł łysinę z krwi i potu, odsapnął, zapalił papierosa i spojrzał z wściekłością na fiakra.

– Ależ mnie wszyscy dzisiaj wkurwiają – powiedział dobitnie. – A najbardziej ty, bydlaku, i twój obrzydły smród! Jeśli zaraz mi nie powiesz…

Nie zdążył dokończyć tego okresu warunkowego, bo usłyszał w charkocie zdanie – choć niewyraźne, to jednak wyartykułowane.

– Gibała Alfons – rzęził fiakier. – Kapuś policyjny.

– Co takiego? Powtórz!

– Gibała Alfons, kapuś aspiranta Grabskiego. Ni znam tegu, co mni wynajął pod dworcym!

Popielski wytarł jeszcze raz głowę. Potem zbliżył się do śpiącego pijaka, uniósł go z łatwością pod pachy i wrzucił do budy. Następnie rozkuł domniemanego informatora i wskazał mu głową miejsce na koźle.

– Jedziemy na Łąckiego. Tam Grabski potwierdzi twoje słowa. I wtedy cię przeproszę. Jestem komisarz Popielski.

– Gdybym ni wiedział, kto ty jesteś, tobym si ni przyznał, że ja kapuś – wycharczał Gibała i zaciął konia. – Mam w duszy twoji przeprusiny, Łyssy.

Dorożka ruszyła. Popielski miał smutną pewność, że sponiewierał informatora policyjnego, człowieka, który służył sprawiedliwości – podobnie jak on sam. Pobił – było nie było – swojego kolegę. Gibała wymienił nazwisko Waleriana Grabskiego, długoletniego podwładnego Popielskiego. Nie to nazwisko jednak zadecydowało o tym, iż uwierzył fiakrowi, lecz śmiała, a nawet zuchwała odpowiedź, jasno wyrażająca, gdzie ów ma ewentualne przeprosiny Popielskiego. Na tak drastyczne słowa nie pozwoliłby sobie żaden zwykły woźnica.

– Poczekaj! Jeśli jest tak, jak mówisz, to jesteś jakby policjantem. Czyli moim podwładnym. Chodź ze mną! Przeszukamy te puste hale! Może jeszcze ktoś tam jest oprócz tego kirusa.

Gibała spojrzał na Popielskiego wzrokiem pełnym nienawiści.

– No, przepraszam cię – powiedział komisarz i wyciągnął dłoń do fiakra. – Nie na Łąckiego, ale już, teraz przepraszam.

Gibała nie podał mu ręki, wyskoczył z wozu, przeszedł przez podwórko i wspiął się po schodach na rampę. Popielski był w gruncie rzeczy zadowolony z zachowania Gibały. Każde zbliżenie z tym człowiekiem, nawet uściśnięcie ręki, było mu wstrętne i obrzydłe z powodu woni czosnku, której nienawidził. Gdy jego córka Rita była mała, lubił jej zadawać zawsze to samo pytanie: „Czego tatuś najbardziej nie znosi?”. „Żaru, brudu i smrodu” – odpowiadało wówczas dziecko.

– Masz, bo później zapomnę! Tam jest rachunek! – Leokadia rzuciła w stronę dorożki mały portfelik.

– Proszę, szanowny panie. – Pucybut podniósł portfelik z chodnika i podał go Popielskiemu.

Komisarz dał mu pięć groszy i klepnął w plecy Gibałę.

– Jedziemy na Łąckiego. Zapalisz?

– Odpowiem to, co wtedy. – Gibała odwrócił się i patrzył ponuro na Popielskiego. – Tyli, że pan ni dusłyszał, bo pani krzyknęła z balkonu. Woli palić suszony gównu niż pański cygarety.

Popielski kiedy indziej dałby kapusiowi w mordę za taką zuchwałość. Nie mógł się jednak na nikogo gniewać teraz – kiedy ujrzał swego wnuka żywym, a rodzinę kompletną. Zapomniał na moment nawet o zmaltretowanym Kaziu Markowskim. Edward Popielski po raz pierwszy od wielu lat stracił swą czujność, którą Leokadia nazywała „podejrzliwością mizantropa”.

– No, no, no! – zareagował Zubik. – Nie dałby się pan przecież sprowokować! Na Boga, pan wie, że ten czyn wykreśliłby pana z naszych szeregów. Chciał pan oczywiście powiedzieć „Kiedy udawałem, że zostałem sprowokowany”… Niech pan tak pisze, Żechałko! A poza tym…

– Nie – przerwał mu Popielski. – Naprawdę byłem gotów połamać mu nogi… Aby mi nie uciekł.

– Proszę to wykreślić z protokołu – Zubik znów zwrócił się do Żechałki. – I niech pan protokolant nie ujmuje już więcej tego typu wypowiedzi!

– On rzucił mi kilof i posłusznie położył nogi na beczce, abym je połamał, rozumiecie panowie? – Popielski nie zwrócił najmniejszej uwagi na protokolarne menuety Zubika. – Mówił do mnie „Zabij mnie, dzielny szeryfie”. Chciał zginąć albo przynajmniej zostać okaleczony! Moimi rękami! Z jakiegoś powodu właśnie ja miałem to zrobić!

– To typowa dążność do autodestrukcji – doktor Pidhirny zdefiniował psychologicznie zachowanie Heroda. – O niej świadczy jego przyznanie się do zabicia Henia Pytki i jego komentarz… Jak on brzmiał, panie komisarzu? Już mi pan to mówił przed naszym zebraniem… Nie chciałbym przeinaczyć…

– To było mniej więcej tak… – Popielski się zamyślił. – „Zabiłem Henia Pytkę nadaremnie. Nikt mnie wtedy nie zabił, no to zabij mnie teraz ty”. Z tych słów wynika to, co powiedziałem. On chciał popełnić samobójstwo. Moimi rękami.

– Chciał, aby go zabić po zamordowaniu Henia Pytki… – Pidhirny się zapalał. – Ale to nie wyszło… No to znów spróbował. Skądś wiedział, że komisarz Popielski ma gwałtowny charakter i że można go sprowokować. Nie udało mu się zginąć za pierwszym razem, no to…

– Dość, doktorze. – Zubik podniósł głos i uderzył lekko pięścią w stół. – Sprawa morderstwa Henia Pytki jest zakończona, a morderca Anatol Małecki popełnił samobójstwo! Wie pan, ilu wariatów dzwoniło do nas i przyznawało się do zabicia Henia?!

– Panie naczelniku! – Pidhirny aż podskoczył. – Dwa tygodnie temu we Lwowie znaleziono zwłoki zamęczonego na śmierć i torturowanego pierwej dzieciątka, a wczoraj znaleziono inne dzieciątko, również torturowane! Wybaczy pan, ale jako lekarz sądowy i psycholog mogę powiedzieć tylko jedno: jest wysoce prawdopodobne, że sprawcą tamtego mordu i tego aktu bestialstwa był jeden i ten sam człowiek! Czy się to panu naczelnikowi podoba, czy też nie, tak właśnie jest! A Małecki popełnił samobójstwo jako człowiek niewinny! Jestem o tym przekonany! I niestety – czas wrócić do sprawy Henia Pytki, czas odwiesić dochodzenie!

– Nie będzie mi pan tu mówił, co mam robić! – Zubik, rozjuszony jak byk na korridzie, buchał przez nozdrza dymem. – Pan ma głos doradczy, który mogę uwzględniać lub nie! Ponadto – uspokoił się nagle i dodał pojednawczo: – Nie zaprzeczy pan chyba, że Henio Pytka został zamordowany, a Kazio Markowski – jedynie okaleczony. To by świadczyło, że w sprawcy okaleczenia drzemią jakieś resztki człowieczeństwa, czego nie można powiedzieć o mordercy Henia. Człowiek w meloniku dokonał czynu odrażającego, ale nie zabił. A morderca Pytki to bestia w najgorszym wydaniu! Jedno zwierzę mordowało, a drugie – łamało kolana dziecku. To dwa różne typy. Ten pierwszy nie ma ludzkich odruchów, ale drugi je ma, prawda komisarzu?

– Być może je ma wobec dorosłych. – Popielski strzepnął popiół do wielkiej popielnicy, ozdobionej przycinarką do cygar. – Uprzedzając mój atak epilepsji, rozebrał mnie, abym się nie pobrudził, a w zęby wsadził mi mój własny portfel, abym nie przegryzł sobie języka. On wie, jak należy się obchodzić z epileptykami… Może sam choruje?

– Jak on w ogóle wygląda, panie komisarzu? – po raz drugi odezwał się Żechałko.

– Ma szeroką, rzekłbym, typowo słowiańską twarz – mówił wolno Popielski. – Lat około pięćdziesięciu. Żadnych znaków szczególnych oprócz małego wąsika. Ubrany niemodnie i niedbale. Czarny, znoszony płaszcz, brudne powyginane buty, palce uwalane atramentem. Z tym wszystkim kontrastuje nowiutki elegancki melonik. Wniosek: skromny urzędniczyna, którego nie stać na porządne ubranie, lecz dba o nakrycie głowy. To Polak lub Ukrainiec. Nie ma żadnych cech żydowskich ani w wyglądzie, ani w wymowie. Nie słyszałem też żadnych lwowskich dialektyzmów. Z drugiej strony nie mówi zbyt starannie… A zatem jakiś urzędnik po kilku latach gimnazjum… Semidoctus… Tak bym go określił.

– Zaraz, zaraz. – Zubik, który z powodu kiepskich postępów w językach klasycznych zakończył swoją edukację na szóstej klasie gimnazjalnej, chwycił się za głowę. – Bo się zaraz wszyscy pogubimy… Panie Żechałko, niech pan powoli podsumowuje, a my prosimy komisarza o relację z przesłuchania pijanego stróża.

– Walenty Kozik, lat czterdzieści osiem, nałogowy alkoholik, sądząc po fizjognomii. – Popielski przeglądał swoje notatki. – Względnie wytrzeźwiał pod zimną wodą na komendzie, ale trzeba by go jeszcze raz przesłuchać. Oto, co od niego wiem. Kilka dni temu, Kozik nie pamięta dokładnie, kiedy to było, Herod przyszedł do niego do fabryki i obiecał mu dać trzy ćwiartki wódki pod warunkiem, że je wypije naraz, podczas swojej porannej służby, i nic nie będzie słyszał ani widział. Herod mówił, że przyjdzie do fabryki z jakąś dziunią z Mostków. Kozik zgodził się na to bez wahania, tym bardziej że i tak właściciel miał go niedługo wyrzucić z pracy za pijaństwo. To dzisiaj była właśnie ta poranna służba. Dzień trzech ćwiartek. To tyle. Nic więcej od niego nie wyciągnąłem. Aha. – Uderzył się w czoło. – Tego nie zdążyłem zapisać. Herod dał Kozikowi kilof i kazał go pilnować jak oczka w głowie. Wciąż powtarzał, że narzędzie to kosztuje złotówkę.

– Kto by dał cokolwiek do pilnowania pijakowi? – zdziwił się Cygan.

– Może tylko na chwilę, dopóki ów się nie upije jak bydlę – odpowiedział Popielski.

– Podsumowanie, bardzo proszę, panie Żechałko. – Zubik najwyraźniej uznał dyskusję o kilofie za zbędną.

– Szukamy człowieka lat pięćdziesięciu – Żechałko odczytywał swoje pismo, które mimo szybkości zapisywania było nadzwyczaj czytelne – rasy słowiańskiej, o dłoniach powalanych atramentem, średnio wykształconego, może urzędnika, niedbale i niemodnie ubranego, choć posiadającego nowy elegancki melonik. Człowiek ten prawdopodobnie śledził komisarza Popielskiego i chciał go sprowokować do dokonania morderstwa na samym sobie, a przynajmniej do połamania mu nóg kilofem. Ma zatem skłonność do autodepresji.

– Autodestrukcji – poprawił go Pidhirny.

– Tak jest. – Żechałko starannie korygował to słowo. – Autodestrukcji. Jego wiedza na temat obchodzenia się z epileptykiem świadczy, że być może zna on z autopsji tę chorobę. To tyle.

– Dobrze. – Zubik rozparł się wygodnie w fotelu i zaczął się bawić swoim wiecznym watermanem.

Zapadła cisza. Wszyscy pogasili już papierosy, patrzyli na Zubika i trzymali w pogotowiu pióra i notesy. Znali to napięcie, po którym następowała erupcja zadań i poleceń. Ich pióra w stałym oczekiwaniu skrobały stalówkami kartki notesów i wypisywały różne esy-floresy. W swej istocie były podobne do końskich nóg, które przed startem w wyścigach niecierpliwie i nerwowo biją kopytem o ziemię.

– Moi panowie, przydzielam zadania. – Zubik pokraśniał z przejęcia. – Pójdziecie panowie z tymi informacjami, które zebrał pan Żechałko, oraz z portretem pamięciowym Heroda do… Popielski – pan, jako znany elegant, do sprzedawców meloników, aby znaleźć niedawnego klienta, panowie Kacnelson i Grabski – do dyrektorów państwowych i prywatnych firm, by odnaleźć urzędnika z palcami powalanymi atramentem, Cygan – pan poszuka epileptyka o tym rysopisie, a pan, Żechałko – psychicznie chorego. Cygan i Żechałko – po wykonaniu swojego zadania przejdą panowie na odcinek „urzędniczy” i dołączą do Grabskiego i Kacnelsona. To wszystko, moi panowie. Ach, panie Cygan, proszę wziąć od sędziego śledczego, pana Mazura, pismo w sprawie portretów przestępcy i listów gończych. Już powinno być gotowe. Z tym proszę do Drukarni Ludowej. Tylko na cito! Portrety mają jak najszybciej wisieć w całym Lwowie! Jutro u mnie odprawa – tu spojrzał z niesmakiem na Popielskiego – w samo południe. Może niektórzy zdążą się wyspać… A, i jeszcze jedno. – Twarz Zubika stężała w maskę irytacji. – Proszę go nie nazywać Herodem. Biblijny Herod zabił wiele niewiniątek, a my mamy dwa czyny popełnione przez dwie różne osoby! Rozumiemy się?

26

Doktor Pidhirny roześmiał się drwiąco i wyszedł bez pożegnania. Żaden z policjantów nie wyrzekł ani słowa. Żaden nie skinął potwierdzająco głową. Żaden nie spojrzał naczelnikowi w oczy. Oprócz Popielskiego. W spojrzeniu łysego komisarza nie było śladu uległości, jaką każdy podwładny powinien się wykazywać.

– Tak.

– Panie doktorze – Popielski zasłonił okno, w którym nieoczekiwanie pojawiło się trochę słońca – moje pytanie brzmi: co się stało z Janiną Markowską w nocy z poniedziałku na wtorek? Jest pod pańską opieką, no to musi pan o niej wiedzieć coś więcej niż ten… Flejtuch. – Wskazał głową na zabałaganione biurko aspiranta Cygana, który przesłuchiwał dziś Markowską. – O tym świadczy choćby pańska wzmianka o jej nadmiernej skłonności do alkoholu… Z całym szacunkiem dla pańskiej sztuki, muszę o to zapytać: dlaczego akurat pan, medyk sądowy, zajmuje się panią Markowską? Może to ona pana wybrała? W takim razie wie pan o niej dużo…

– Tak, wiem o niej dużo – mówił Pidhirny w zamyśleniu. – Zatelefonowała do mnie rano i zabrałem ją do szpitala, gdzie dyskretnie przesłuchał ją pan Cygan… Wiem, co się z nią stało w nocy z poniedziałku na wtorek… Muszę jednak mieć pewność, że pozostanie to tylko między nami.

– Pacta sunt servanda. – Popielski przestał kręcić sygnetem.

– Spotkała ją rzecz straszna – zaczął Pidhirny.

– Widzi pan. – Pidhirny wciąż wyciągał rękę. – On wyznaczył sobie cel. Jeśli pan go nie złapie, narazi pan swojego wnuczka na cierpienie. A złapać go możemy tylko w jeden sposób. Wiemy, kogo on sobie upatrzył, w kogo będzie chciał uderzyć. W pańskiego wnuczka.

Popielski odrzucił wyciągniętą dłoń Pidhirnego i sięgnął po telefon. Medyk pociemniał na twarzy ze wściekłości, a potem bez słowa opuścił pomieszczenie.

– Won stąd! – krzyknął za nim Popielski i stuknął dłonią w widełki. – Mówi Popielski, telefon będzie tajny. Winniki 23 – zaordynował policyjnej telefonistce.

– Halooo – usłyszał po chwili. – Aparat mówi, że łączą mnie z policją. To pan, panie kumisarz?

– Drugie życzenie do złotej rybki.

– Złota rybka słucha.

– Ochrona mojej córki i wnuczka. Przez całą dobę. Od tej chwili. Mieszkają w kamienicy…

– Wiemy, gdzie mieszkają. Złota rybka spełnia prośbę. Za pięć minut będą najlepiej chronionymi ludźmi we Lwowi.

– Na wszelki wypadek zamknę ich w domu – powiedział do siebie Popielski, odłożywszy słuchawkę. – Twoje słowo, gudłaju, jest tak cenne jak pręt, którym zdzieliłeś mnie przez łeb!

– To nie jest mój jedyny idol, Lodziu – powiedział powoli. – Ale ten jest ślepym, nienawistnym bałwanem, który wciąż się domaga adoracji. I dobrze, że mnie dzisiaj od niego wyrwałaś.

Przeszli przez Wały Hetmańskie i wkroczyli w ulicę Obrony Lwowa. Przestało już kropić. Z bramy, w której się mieściła drukarnia Ars, wyszli dwaj młodzi ludzie, którzy kłócili się o jakąś nieudaną korektę.

– No, to powiedz teraz, czemu do mnie przyszłaś do Atlasa – zapytał Edward, kiedy doszli do Poczty Głównej.

– Są dwie sprawy do załatwienia. – powiedziała Leokadia, nie odpowiadając na jego pytanie. – Musisz jutro, najpóźniej pojutrze, podpisać akt notarialny wynajmu nowego mieszkania.

– Dobrze. A druga sprawa?

– Zapłacić majstrowi Bukiecie za remont. Mam nadzieję – spojrzała na niego krytycznie – że masz rachunek, który ci rzuciłam dzisiaj z okna Rity. Byłeś w tym samym ubraniu, które jest, o dziwo, dość czyste i nie muszę go, Gott sei dank, oddawać do pralni. Powinieneś pracować w fartuchu roboczym, a nie w garniturze od Jabłkowskich.

– Mam rachunek. – Popielski wyciągnął kawałek papieru i uważnie go czytał w świetle latarni – Czyżby mnie chciał oszukać? – szepnął.

– Kto? Majster Bukieta? Co jest dziwnego w tym rachunku? – Leokadia nieco się zirytowała. – Czy ty zawsze musisz być podejrzliwym policjantem? Nawet kiedy czytasz rachunki od malarza i hydraulika?

– Bukieta kupuje jakąś najwspanialszą farbę na świecie. – Popielski wzniósł oczy znad rachunku i niewidzącym wzrokiem spoglądał na wejście do Ogrodu Jezuickiego. – Farbę, która kosztuje pięć złotych za litr! Drogo będziemy mieli to mieszkanie pomalowane! Jak pałac w Knossos! Nie, nie żebym żałował, ale nie sądzisz, Lodziu, że pięć złotych za litr farby to trochę zanadto? W czasach, gdy wszystko jest takie tanie?

– Co jest tanie? – Leokadia gwałtownie podniosła woalkę. – Co ty możesz wiedzieć o cenach, kiedy mi dajesz na życie i ja zajmuję się wszystkimi sprawunkami? Wiesz, ile kosztuje kilogram cukru? Ile kosztuje wypranie i reperacja twojego ubrania? Ile płacę za magiel? Ty wiesz tylko, ile kosztują papierosy, gazety, książki na Krakidałach, wódka i zakąski. Powiadają też na mieście, że doskonale się znasz na cenach za inne jeszcze usługi! To tylko wiesz!

– Mówiąc „tanie” – Popielski stłumił irytację – miałem na myśli różne narzędzia! Wyobraź sobie, że wiem, ile kosztuje kilof!

– No ile? – Leokadia drwiąco się uśmiechała.

– Złotówkę!

– To chyba w wypożyczalni narzędzi! Bo w sklepie Rozumowskiego kosztuje minimum osiem złotych! Takie to wszystko tanie, że nawet uznani majstrzy, tacy jak Bukieta, czasem coś wypożyczają. A co ty w ogóle wiesz o cenach!

Popielski wyciągnął rękę, oparł się o mur, zdjął melonik, a głowę opuścił ku ziemi. Na jego łysinę padało światło księżyca. Leokadia nieoczekiwanie zadała sobie w duszy pytanie, czy i księżyc ma cząsteczkowo-falową naturę. Wtedy Popielski uderzył się dłonią w czoło. A potem pocałował Leokadię w oba policzki. Wiedziała, że uczynił to nie z sympatii, lecz z wdzięczności. Za jakąś myśl, za jakąś wskazówkę śledczą, którą mu nieświadomie podsunęła.

– Mężczyźni to natury religijne – powtórzyła swoje najgłębsze przekonanie. – I samolubne – dodała, patrząc, jak jej kuzyn pozostawia ją na środku ulicy, skręca w lewo i szybkim krokiem idzie w stronę komendy policji, by tam złożyć hołd ślepemu bałwanowi.

Tej nocy śniło mu się, że jego drzwi skrzypią przeraźliwie. Ten inwazyjny dźwięk stawał się coraz szybszy, jakby ktoś kręcił korbą nienaoliwionej katarynki. Drzwi latały jak opętane w jedną i w drugą stronę. Wiatr, przez nie wytworzony, owiewał twarz śpiącego.

Otworzył oczy. To nie był sen. W drzwiach nyży sypialnej stały trzy osoby: jego żona Aniela, stróż Kocybała i jeszcze ktoś, kto machał jednym skrzydłem drzwi. Bukieta przetarł oczy i uważnie się przyjrzał tej trzeciej osobie. Nagle poczuł skurcz krtani i wilgoć pod pachami.

– Nawet zwierz nie usnąłby w takim zaduchu. – Łyssy wachlował drzwiami nieruchome powietrze nyży, a w wyciągniętej dłoni trzymał jakiś rachunek.

Majstrowi Bukiecie zrobiło się równie słabo jak przed chwilą dozorcy Kocybale.

– Tak, nad przeklętą łaciną! Nad przeklętą mową zależną! – Student spojrzał na Popielskiego z wściekłością znad drucianych okularów. – I nie wiem nic o żadnych dodatkowych segregatorach! Wiem tylko jedno. Do egzaminu z łaciny zostało mi pięć godzin, a ja nie mogę znaleźć w słowniku jakiegoś idiotycznego słowa!

– Może panu pomóc? – Popielski zgasił niedopałek w dużej popielnicy.

– Ten zwrot to spe sublata. – W oczach studenta zabłysło zniecierpliwienie. – Nie mogę znaleźć tego cholernego sublata. W tłumaczeniu jest – stuknął palcem w mały nielegalny bryk tępiony zaciekle przez nauczycieli gimnazjalnych – „odjąwszy sobie nadzieję”. Czyli sublata to participium perfecti od jakiegoś czasownika, który znaczy „odjąć”. Ale od jakiego, do diabła? Nie znam takiego słowa! Nie ma takiego w słowniku!

– Tollo, tollere, sustuli, sublatum. – Popielski uśmiechnął się. – Participium formuje się od innego pierwiastka. Straszne słowo, wiem. Ręce opadają. Kiedy przerabiałem Cezara w piątej gimnazjalnej, przejrzałem cały słownik w poszukiwaniu tego czasownika. Stronica po stronicy. I znalazłem. Bo ja jestem uparty i wszystko w końcu znajduję. Nawet wtedy, a zwłaszcza wtedy, kiedy już jest za późno.

Student szybko sprawdził czasownik w słowniku i odetchnął z ulgą. Przetarł okulary i pogłaskał psa.

– Został mi tylko jeden rozdział do powtórzenia – powiedział z radością. – Dziękuję, panie komisarzu.

– Dokumentacja. – Popielski oparł łokcie na pulpicie, wywołując groźny pomruk psa. – Potrzebna mi jest dokumentacja wypożyczeń narzędzi. Nie ma jej w kantorze. Może jest gdzie indziej?

– Nic nie wiem. – Grabiński pokręcił głową.

– Niech pan do mnie zadzwoni – Popielski wyjął waldmanna i na pogniecionym egzemplarzu „Wieku Nowego” napisał swój domowy numer telefonu – jeśli pan się dowie czegokolwiek w sprawie kartoteki wypożyczeń. A ja się panu odwzajemnię jakąś wskazówką leksykograficzną albo gramatyczną. Wie pan na przykład, od czego pochodzi perfectum „tetigi”?

Popielski wskazał na ten wyraz w tekście Cezara, wyszedł ze składnicy i zagłębił się w ciemność bramy przelotowej. Grabiński nie zamykał za nim drzwi.

– Chodzi panu o kilof? – Komisarz usłyszał głos portiera. – Kto ostatnio wypożyczał kilof?

– Tak. – Popielski odwrócił się gwałtownie.

– To my wypożyczamy – powiedział Grabiński.

– Kto?

– My, portierzy. Nie zawsze wystawiamy kwity. Dorabiamy sobie. Dlatego wolimy o tym milczeć, zwłaszcza gdy pyta władza.

Popielski ruszył na strażnika i chwycił go za krawat. Pociągnął go za sobą na ulicę. Za drzwiami wył pies i drapał pazurami w żelazo.

– Czy to ten człowiek wypożyczał kilof? – Popielski wyciągnął portret pamięciowy Heroda i podsunął go Grabińskiemu pod oczy.

– Tak – stęknął po dłuższej chwili student i poluzował sobie krawat zaciśnięty przez policjanta. – I wczoraj oddał. Oto kwit z adresem.

Popielski patrzył przez dłuższą chwilę na kawałek pogniecionego papieru.

– Od tango – powiedział Popielski jakby do siebie. – Forma tetigi to perfectum od tango, tangere, tetigi, tactum. Dziękuję, młodzieńcze!

Ten już nie usłyszał. Siedział w swym kantorze i kartkował Cezara. Komisarz zapuścił silnik. Dochodziła trzecia w nocy. Lwowscy odszczepieńcy udawali się na spoczynek.

– Co jest! – wrzasnął. – To napad! Gwałtu, policja!

– To ja jestem policja. – Popielski cofnął się i mierzył do mężczyzny z browninga.

– Dobra pora, bo właśni do roboty faluji. – Mężczyzna uśmiechnął się. – A w jakij sprawi? Moży tegu, co mi dokumenty zaiwanił pół roku temu, co, pani władzuchnu? Władza nierychliwa, ali sprawiedliwa…

– Gdzie pana okradziono z dokumentów?

– Ja ta ni wim. Gdziś na Kliparowi. Ta ja nakirany był!

Popielskiemu zdarzyło się kilka razy w salonce, że nieoczekiwanie opuściła go męska moc. Że nagle ta cała gimnastyka, to napinanie mięśni, to spowalnianie poskutkowało szpetną niemocą. Zwykle sięgał wtedy po flaszkę wódki, aby się „nakirać”. Teraz jednak nie miał przy sobie ani kropli alkoholu. A pragnął go bardzo.

Cygan i Żechałko natomiast jak od muru odbili się od różnych lekarzy i od instytucyj medycznych. Wszędzie odsyłano ich z kwitkiem, zasłaniając się tajemnicą lekarską. Nasłuchali się przy tym ostrych słów na niehonorowe postępowanie policji. Nie pomogło, gdy, chcąc przełamać szlachetny opór lekarzy, opisywali potworne cierpienia, jakich doznało dziecko. Nawet rozliczne znajomości i autorytet Pidhirnego, który był bardzo uczynny w szukaniu różnych dojść do sług Eskulapa, nie na wiele się przydały. Na współpracę z policją zgodzili się tylko dwaj medycy pochodzenia żydowskiego. Niestety ich pacjenci epileptycy należeli wyłącznie do tejże nacji, zaś opis Popielskiego zdecydowanie ją wykluczał.

Nic zatem dziwnego, że przed południem Cygan i Żechałko – po klęsce na „froncie medycznym” – szybko dołączyli do kolegów i cała czwórka, rozdzieliwszy się sprawiedliwie, zagłębiła się w świat zakurzonych segregatorów, szaf z terkoczącymi żaluzjami, antresol, których okna z mlecznego szkła wychodziły na hale produkcyjne lub na brudne podwórka – w całe to imperium biuralistów ubranych w zarękawki, daszki na gumce i grube binokle. Wyniki eksploracyj tej czwórki śledczej były równie kiepskie jak skutek przesłuchiwania przez Popielskiego sprzedawców meloników. Najgorsze jednak wieści miał dla nich Zubik.

– Wiecie, panowie, ile mieliśmy zgłoszeń od obywateli, którzy rozpoznali na plakatach twarz podejrzanego? – Naczelnik zrezygnowanym ruchem wsunął brodę i pucołowate policzki w obie dłonie. – Trzydzieści dwa! Cztery telefony i dwadzieścia osiem zgłoszeń osobistych, w tym jeden człowiek, oczywisty wariat na przepustce z Kulparkowa, przyznał się do winy.

– Teściowa rozpoznała na plakacie znienawidzonego zięcia? – mruknął Popielski.

– Nie czas na żarty, komisarzu. – Zubik nastroszył resztki misternie zaczesanych włosów. – Oczywiście, że mogą być fałszywe. Wobec braku ludzi zatelefonowałem do nadinspektora Domańskiego i poprosiłem go o dodatkowe kadry dla sprawdzenia tych wszystkich zgłoszeń. Wiecie, panowie, co mi odpowiedział? Że może oddelegować trzech ludzi. Trzech! Pozostali są na ćwiczeniach wojskowych!

– Trudno. – Grabski zasępił się. – Idzie wojna…

– Idzie wojna! – wrzasnął Zubik. – A ja tu muszę podejmować decyzje! I podjąłem! Na razie nie sprawdzamy ludzi ze zgłoszeń od ludności. Zapisujemy nazwiska, ale nie sprawdzamy! Sprawdzimy ich…

– Po wojnie – wtrącił Popielski.

– Panie komisarzu – zasyczał Zubik. – Pan dzisiaj wykazuje się tylko dowcipkowaniem!

Zapadła cisza. Popielski zapalił papierosa, lecz natychmiast go zgasił. Po przepiciu nie smakował mu tytoń.

– Przepraszam – powiedział. – To taki humor wisielczy. Ale wie pan, naczelniku, że na coś chyba natrafiłem. Pamiętają panowie, że ten pijany stróż zeznał, iż Herod…

– Proszę zapomnieć tego imienia! – krzyknął Zubik. – Chyba że będzie pan ministrantem i czytał ewangelię w kościele!

– To musiałbym być księdzem – ciągnął Popielski tym samym tonem. – Otóż podejrzany kazał stróżowi pilnować kilofa, mówiąc, że kosztuje on złotówkę czy coś koło tego.

– Dokładnie złotówkę – mruknął Żechałko, spojrzawszy do protokołu.

– Założyłem – Popielski kiwnął głową, jakby chwaląc akrybię protokolanta – że kilof został wypożyczony. I miałem szczęście. W wypożyczalni narzędzi Sokalskiego, nota bene w pierwszej, w jakiej byłem, pracownik rozpoznał na portrecie niejakiego Marcelego Wilka, zamieszkałego przy Kubasiewicza. Natychmiast tam pojechałem i spotkałem rzeczonego Wilka. To nie jest ten człowiek, który umęczył Kazia Markowskiego. Pół roku temu ukradziono mu dowód osobisty i ktoś tym dowodem się posłużył przy wypożyczeniu kilofa. Moim zdaniem, trzeba odwiesić dochodzenie sprzed pół roku i złapać tego, co ukradł Wilkowi dowód.

– To nic nie da – powiedział wolno Zubik. – Kieszonkowcy mają pod ręką całą masę dowodów osobistych i innych kradzionych dokumentów. Wystarczy pójść do Bombacha i dyskretnie zasugerować barmanowi, że potrzebuje się lewych papierów. Zaraz pojawi się jakiś sprzedawca dowodów, świadectw maturalnych, praw jazdy i tak dalej.

– Nie zgodziłbym się z panem naczelnikiem. – Popielski był coraz bardziej rozdrażniony. – Nasi kieszonkowcy mają swoisty kodeks honorowy. Okradają ludzi z pieniędzy, z zegarków, lecz nie z dokumentów. Te zawsze odsyłają pod właściwy adres. Dlatego należy odwiesić dochodzenie w sprawie okradzenia Marcelego Wilka, choćby miały na nas spaść za to gromy z jakiegoś komisariatu, gdzie je zawieszono!

– A pan ma coś dla nas, doktorze Pidhirny? – Zubik znany był z tego, że w niewygodnych dla siebie sytuacjach nagle zmieniał temat rozmowy.

– Sprawca oddał kilof do wypożyczalni? – zapytał medyk, nie patrząc na Popielskiego.

– Tak – odpowiedział komisarz.

– Myślałem trochę nad jego psychiką – powiedział powoli medyk, który siedział demonstracyjnie daleko od Popielskiego. – Zaintrygował mnie ten jego nowiutki melonik. Świadczyłby on o tym, że człowiek ten bardzo dba o pozory. Jest biedny, żyje w nędzy, lecz wydarł sobie parę groszy, aby kupić ten melonik. Jest on jakby jego chorągwią. On nią macha, jakby chciał powiedzieć „mam swoją godność”. Co to znaczy? To znaczy, że ten człowiek jest megalomanem. Z drugiej strony może on ten melonik traktować jako symbol przynależności do pewnej kasty. To świadczyłoby o tym, że został być może kiedyś zdeklasowany, wypchnięty poza tę kastę. Poza tym oddał kilof, mimo że mógł go bezkarnie zachować. To może oznaczać: „jestem ponad przeciętnymi pospolitymi złodziejami”, „jestem od nich kimś lepszym”.

Doktor umilkł i posyłał Popielskiemu wrogie spojrzenia. Komisarz wiedział, że medyk chciałby coś jeszcze dodać, ale nie może ze względu na tajemnicę gwałtu na pani Markowskiej. Pidhirny mówił swoim wzrokiem: „Widzisz, Popielski, nie chcesz ze mną współpracować, a ja coś wiem, co będzie bezużyteczne, jeśli nie sprzężemy swych sił”.

– Proszę o wnioski, doktorze. – Zubik sprawiał wrażenie zdezorientowanego tym wywodem.

– Moim zdaniem – odparł Pidhirny – poszukiwany przez nas człowiek jest zdeklasowanym, zubożałym szlachcicem lub bezrobotnym urzędnikiem, który dotkliwie przeżył wylądowanie na bruku. Tacy ludzie często zwalają na innych winę za swe niepowodzenia życiowe. Ofiarami nienawiści są nierzadko Żydzi. Podejrzanego szukałbym wśród antysemitów. Zacząłbym od organizacyj narodowych polskich.

– Doktorze, jest pan niepoprawny. – Zubik nie był zachwycony tym ostatnim przypuszczeniem. – Znów chce pan przemycić swoje przekonanie, że człowiek z portretu zamordował Henia Pytkę. Tymczasem już powiedziałem, że morderca Henia…

– Wiem, co pan powiedział – przerwał mu Pidhirny. – Ale pan nie jest magikiem, a pańskie słowa to tylko hipoteza…

Popielski, mimo nikotynowego wstrętu, postukał egipskim o papierośnicę i zapalił. Zamyślił się, a dyskusja pomiędzy doktorem a naczelnikiem docierała do niego jakby z oddali, jakby wytłumiona grubym filtrem dymu. „Wśród antysemitów, szukałbym wśród antysemitów”, dźwięczało w głowie komisarza. Patrzył na coraz bardziej rozzłoszczonego doktora, ale nie słyszał jego głosu. Słyszał za to swoją własną tyradę sprzed paru tygodni, kiedy z Pidhirnym spotkali się późną nocą w prosektorium i pochylali nad zmasakrowanym ciałkiem Henia Pytki.

„Żydzi zamykają się w swych domostwach – mówił wtedy Popielski. – W komisariacie na Kurkowej zamknięto bezrobotnego z bańką nafty. Złapano go przy synagodze Złota Róża”. Człowiek zdeklasowany, bezrobotny antysemita z bańką nafty.

Chce podpalić synagogę.

„To ja zrobiłem – mówił Herod na fabrycznym podwórzu. – To ja nakłuwałem dziecko. To ja łamałem mu ręce i giczały. To ja wcisnąłem mu łeb pod kolano. I nic mi to nie dało. Nikt mnie wtedy nie zabił”.

Chciał zginąć, myślał gorączkowo Popielski, chciał zostać zabity przez Żydów. Dziwny antysemita, który chce być zabity przez Żydów. Może chce być drugim Chrystusem? Wszystko jedno, za kogo się uważa. Ważne jest to, że chciał Żydów sprowokować. Najpierw rzucić na nich podejrzenie o mord rytualny, potem podpalić synagogę. Tylko po co? Jeśli chciał zginąć, to wystarczyłoby, żeby przyznał się Żydom do wszystkiego, a zostałby rozszarpany przez starozakonnych. Taki być może był jego plan. Pod synagogą zatrzymano człowieka z bańką nafty. Zaprowadzono go na komisariat na Kurkową. Tam pewnie się wyłgał i go wypuścili. Ale musieli coś zapisać. Jakieś nazwisko, adres.

34

Popielski zgasił papierosa, włożył kapelusz i wyszedł z gabinetu. Wzrok wszystkich mężczyzn spoczął na Zubiku. Oczekiwano wybuchu.

– No co się panowie tak patrzycie. – Naczelnik spokojnie przyklepywał do czaszki resztki włosów. – Nie od dziś znamy Popielskiego. Indywidualista, ale skuteczny. Wpadł na jakiś pomysł i poszedł po prostu tym śladem. Zobaczymy, dokąd dojdzie.

– Oby tylko nie na skraj przepaści – powiedział cicho Pidhirny.

Postawił przed więźniem ceramiczną piersiówkę z wódką Karpatówką. Ten nawet na nią nie spojrzał.

– Lubię cię, Edzik. – Popielski zdjął kapelusz i podrapał się po zabliźnionej ranie na głowie. – Mam do ciebie słabość, Edzik. I to nie dlatego, że cię tutaj wsadziłem i że obaj obchodzimy imieniny tego samego dnia, 13 października. Nie. To dlatego, że mam córkę, podobnie jak ty. I podobnie jak ty kocham ją nad życie. Ja jednak, w odróżnieniu od ciebie, wiem, co się dzieje z moją córką. A ty nie wiesz. A chcesz może wiedzieć?

Hawaluk sięgnął po papierosa. Popielski wstał i podał mu ogień. Więzień z rozkoszą zaciągnął się dymem, przymykając przy tym oczy.

– Co si takiegu dzieji z moju córku? – zapytał.

– Wszystkiego się dowiesz za chwilę. Ale najpierw ja muszę czegoś się dowiedzieć od ciebie. Jakiś doliniarz na Kleparowie ukradł pół roku temu dokumenty na nazwisko Marceli Wilk. Teraz tymi dokumentami posługuje się Herod. Wiesz, kto to jest Herod?

– Nie.

– Słyszałeś o zabójstwie dziecka na Żółkiewskiej?

– Tak.

– Zabił je Herod. A słyszałeś o połamaniu innemu dziecku nóżek? To dziecko zostało wepchnięte do beczki w fabryce ultramaryny na Słonecznej. Na szczęście przeżyło. Słyszałeś o tym?

– Tak.

– Dużo tu słyszysz.

Zapadło milczenie, które się nawet spodobało Popielskiemu. Edzik nie mówił, kiedy go o nic nie pytano. Dobra cecha.

– Jedno i drugie zrobił zbrodniarz zwany Herodem. Posługuje się on skradzionymi dokumentami na nazwisko Marceli Wilk. Muszę wiedzieć, kto kupił ten skradziony dowód. A może ktoś na te dokumenty złożył zamówienie, co? A ty w tym wszystkim możesz pomóc. Wystarczy, że dasz mi jakiś adres twojego zastępcy na wolności. I wtedy szybko ustalimy, kto ukradł. Tego twojego zastępcę, a potem doliniarza, oczywiście puszczę wolno. Ale najpierw z nim porozmawiam i dowiem się, kto od niego kupił dowód. Możesz mi pomóc, Edzik. Proszę cię o to.

Hawaluk milczał, a jego milczenie nie podobało się tym razem komisarzowi.

– Chcesz wiedzieć, co się dzieje z twoją córką? – zapytał, wypuszczając dym nozdrzami.

– Wiem, co si dzieji. Nic dobregu.

– Zadałem ci złe pytanie, Edzik. Powinienem zapytać nie „co się dzieje”, ale „co się stało”. Pomożesz mi, to wtedy ci powiem, co się stało z twoją córką.

Znów zapadło głuche milczenie. Obaj myśleli o piętnastoletniej Zośce Hawaluk, którą po osadzeniu ojca w więzieniu i po śmierci matki do niedawna wychowywali – za pieniądze Edzika – dobrzy i życzliwi ludzie. Ale oni nie potrafili – a tak naprawdę to nawet im się nie chciało – nieustannie poskramiać ciągot dziewczyny do wejścia w upragniony przez nią świat wyższych sfer, owiany wonią uwodzicielskich perfum i dźwięczący angielskim walcem. Kiedy po raz kolejny uciekła z przybranego domu do kochanka, który wydawał się jej zamożny, zapomnieli o dziewczynie, ograniczając się jedynie do powiadomienia o tym jej ojca.

Ponieważ nie była ona zbyt urodziwa, nie mogła znaleźć hojnego „słodkiego pana” z wyższej klasy i musiała się zadowolić substytutami: dźwiękiem harmonii, smakiem pierogów, przyśpiewkami w zaplutych knajpach i obmacywaniem przez pijanych czeladników. Na swój pierwszy tryper czekała o wiele krócej niż na księcia na białym koniu.

– Podaj mi jakieś nazwisko, jakiś adres, jakiś telefon. – Popielski się zniecierpliwił. – Człowieka, który mi pomoże dotrzeć do smytracza i do Heroda.

– Co si stału z moju córuniu?

– Weź sobie papierosy. – Popielski przesunął paczkę egipskich w stronę więźnia. – Wszystkie. Wsyp je sobie do kieszeni. A pustą paczkę mi oddaj. Z numerem telefonu, z nazwiskiem, z jakimś adresem. Z czym tylko chcesz.

– Napiji si. – Więzień schował papierosy do kieszeni, nabazgrał coś na paczce leżącym na stole ołówkiem i schował piersiówkę do kieszeni bluzy. – Co si stału z moju córku?

– A bo ja wiem? – Popielski wstał i otrzepał spodnie z niewidzialnego pyłu. – Raz z górki, raz pod górę – jak u każdego…

– Co z Zosiu, ty psia mordo!? – Hawaluk również wstał i omal się nie rzucił na komisarza.

– Nie wiem. – Popielski oparł pięści na stole i wpatrywał się w starego złodzieja. – Ale wiem, co będzie z tobą, jak pomożesz mi złapać Heroda. Kiedy go złapię dzięki twoim informacjom, to ty następnego dnia już się żegnaj z kumplami spod celi!

Hawaluk patrzył na Popielskiego otwartymi ze zdumienia oczami.

– Przyrzekłem ci kiedyś, że cię złapię i wsadzę do Brygidek – mówił wolno komisarz. – Dotrzymałem słowa. Myślisz, że teraz nie dotrzymam? Pakuj już samarę, Edzik!

Sięgnął po telefon. Powiedziawszy coś do słuchawki, włożył kapelusz, a paczkę po papierosach schował do kieszeni. W czasie tych czynności przyglądał się bez słowa Hawalukowi. Jeśli mi pomożesz, złodzieju, mówił do niego w duchu, to moja ostatnia prośba do złotej rybki nie będzie brzmiała „Zabij Heroda”, lecz „Wyciągnij z kicia Edzika”.

A Heroda i tak zabiję, choćby bez Moszego Kiczałesa, pomyślał, podając rękę naczelnikowi Piaseckiemu, który właśnie wszedł do swej kancelarii.

– Żartuje tatuś? – Syk nabrał intonacji pytajnej. – Miałabym tak się spieszyć do wspólnego zamieszkiwania wraz z ciotką? Wystarczy, że mieszkałam z nią osiemnaście lat! To całkiem mi wystarczy!

Tym razem to Rita pierwsza zakończyła połączenie. Popielski pomyślał o braku logiki w wywodzie swej córki, która wzbrania się mieszkać z Leokadią na Kraszewskiego, podczas gdy niedługo i tak będą mieszkały razem na Ponińskiego. Ponadto to wzbranianie się było niezrozumiałe, ponieważ ostatnio Leokadia okazywała Ricie wiele serca. Uznał, że zdolność poprawnego rozumowania jego córki jest dzisiaj mocno nadwerężona. Wyjął papierosa z papierośnicy i postukał nim o biurko. Potem przypalił go, założył dłonie na kark i wyciągnął się na krześle. Telefon od córki mimo wszystko bardzo go zaniepokoił. Rita, która była nieposłuszna od dziecka, po urodzeniu Jerzyka wcale nie stała się bardziej powolna ojcowskim zakazom i nakazom. Była niecierpliwa i samowolna, a jego ostrzeżenia i polecenia uważała za nadwrażliwość zgryźliwego policjanta, upartego psa gończego, który wszędzie węszy zło i spisek. Owszem, Popielski był podejrzliwym tropicielem, ale był też uległym ojcem. Wiedział, że po trzecim telefonie, którego spodziewał się za chwilę, pozwoli Ricie opuścić dom i pójść z Jerzykiem na dzieciniec. W końcu miał ją na oku tajemniczy opiekun, wysłannik Moszego Kiczałesa.

Kiedy telefon zadzwonił po raz trzeci tego wieczoru, Popielski podniósł słuchawkę po pierwszym sygnale.

– Pozwalam ci na opuszczenie domu – powiedział. – Możesz wyjść jutro.

– Ta piękni dzinkuji za pozwolenie na szpacirgang – usłyszał cichy głos, który zaraz zamilkł.

Popielski również milczał. Teraz musiał powiedzieć coś, co by go na pewno zidentyfikowało w uszach rozmówcy. Sięgnął do kieszeni po pudełko po papierosach.

– Robacznica – odczytał powoli.

– Za pół gudziny – usłyszał. – Masz być w Piwiarni Kałuskij. Wiesz, gdzie to jest?

– Na Łyczakowskiej.

– Siedź tam i czekaj cierpliwi. Bez szapoklaka na głowi.

Połączenie zostało przerwane. Popielski wstał i spojrzał na zegarek. W ciągu pół godziny, szybkim krokiem, powinien zdążyć na piechotę. Zapiął kołnierzyk koszuli, poprawił bursztynową spinkę w krawacie, a potem miękką szmatką starł kurz z trzewików. Klepnął się w brzuch, z niepokojem stwierdzając jego lekki przyrost, włożył kapelusz, przez ramię przerzucił trencz i wyszedł z pokoju, Na schodach rozpoznał dzwonek swojego telefonu. Zaklął pod nosem, uderzył dłonią o poręcz i zbiegł na dół. Miał dość histeryj córki.

Komisarz wszedł na drugie piętro i zastukał do drzwi mieszkania, które jeszcze przez tydzień miało służyć jego córce. Rita otworzyła natychmiast, jakby czekała na ojca. Jej twarz pachniała różanym kremem, a gęste czarne włosy rozsypane były po aksamitnym kołnierzu watowanego szlafroka. Najwyraźniej szykowała się do snu.

– Niech tatuś wejdzie. – Cmoknęła go w policzek. – Napije się tatuś herbaty albo kawy?

– Nie rób sobie kłopotu, kochanie. – Ojciec powiesił w przedpokoju płaszcz i kapelusz, po czym wszedł do salonu. – Bez służącej masz i tak dużo do roboty. Ale to już niedługo…

Usiadł wygodnie w fotelu i zapalił papierosa. Nie częstował Rity, mimo iż wiedział, że pali. Jej widok z papierosem byłby dla niego nie do zniesienia. Wydawało mu się, że Rita to rozumie, ponieważ nigdy przy nim nie oddawała się nikotynowemu nałogowi.

– Poczęstuje mnie tatuś? – Jego przypuszczenia tym razem okazały się błędne.

Rita wyciągnęła dłoń w stronę papierośnicy. Pokręcił przecząco głową. Nie poznawał swojej córki. Pochylił się ku niej i pociągnął nosem. Nie wyczuł alkoholu. W salonie panował nieład. Na stole stały dwie filiżanki – jedna z czarnymi zaciekami po kawie, druga – oblepiona zaschniętymi liśćmi herbaty. W tej ostatniej tkwił niedopałek. Rita nigdy nie zalewała wrzątkiem herbaty w filiżance, a ta nigdy nie służyła jej jako popielniczka. Skąd ta niechlujna odmiana? Na podłodze walały się rozłożone numery „Pani Modnej”. Beżowy dywan szpeciła brunatna plama.

Kiedy Rita była dzieckiem, składała swoje ubrania w kostkę i układała je w szafie – jedna sztuka na drugiej w porządku kolorów. Kiedy były tego samego koloru, kryterium stawały się jego odcienie. Teraz, jako młoda kobieta, siedziała w bałaganie, wśród papierów i niedopałków. Popielski nie poznawał córki.

– Co się z tobą dzieje, kochanie? – Ujął ją łagodnie za ręce. – Skąd ten bałagan? Wciąż nie daje ci spokoju to, co niedawno przeżyłaś?

– Używa tatko wciąż wody libańskiej? – Rita uśmiechnęła się, nieoczekiwanie tuląc się do ojca, chyba pierwszy raz od dwóch lat. – Bardzo trwały zapach. Golił się tatuś pewnie w południe, a ona cały czas pachnie.

– Tak, wciąż kupuję wodę cedrową Pod Czarnym Psem. – Objął ją za szczupłe ramiona.

Zapadło milczenie. Siedzieli przytuleni do siebie w ciepłym, rozproszonym poblasku. Lampa stojąca w kącie rozszczepiała światło swymi kolorowymi szkiełkami. Z nowoczesnego radia Ericsson dochodziły cicho jakieś wesołe przekomarzania. Popielski o nic nie pytał Rity. Wiedział, że albo sama podzieli się z nim kłopotami, albo nie zrobi tego wcale. Jej uwaga o wodzie kolońskiej mogła być dowodem szczerej miłości, a mogła być zasłoną dymną, skrywającą jakieś zakłopotanie. Rita zawsze była skryta, dumna i nieustępliwa. Poczuł, że drży. Płakała. Nie patrzył na nią. Nie chciał, aby pod wpływem jakiegoś nieporadnego gestu pocieszenia prysł ten chwilowy smutek, który może się zamienić w skłonność do zwierzeń. Pamiętał swoje wściekłe dyskusje z nastoletnią córką, po których czuła się ona upokorzona swoją słabością i po krótkim płaczu stawała się jeszcze bardziej uparta i zacięta. Ale teraz nie była już zajadłą w swym gniewie pannicą. Była młodą kobietą i matką, którą trapiły jakieś niepokoje. Popielski czekał.

W sypialni rozległ się wrzask dziecka. Na początku był podobny do zdartego, zardzewiałego okrzyku pawia, ale później stał się wysokim, monotonnym piskiem.

– Nie wytrzymam z tym bachorem! – krzyknęła Rita tak głośno jak jej synek i wcisnęła długie, wypielęgnowane paznokcie w gęste włosy. – Ja kiedyś z nim nie wytrzymam! Przed godziną położyłam go spać! I tak co wieczór, co wieczór!

– Uspokój się. – Popielski wstał i dotknął głowy córki. – Daj mi pogadać z moim wnukiem. Gdzie on jest?! – krzyknął, zmieniając głos. – Gdzie jest ten rozbójnik jeden!? O, ja mu zaraz dam!

W sypialni zapadła cisza. Po minucie rozległ się radosny bulgot dziecka. Popielski wtargnął gwałtownie do pomieszczenia, zrobił groźną minę, a jego krzaczaste brwi nastroszyły się srogo. Jerzyk aż przysiadał z radości, odchylając do tyłu główkę ozdobioną kilkoma pasmami wilgotnych włosów. Dziadek, zrzuciwszy marynarkę i kamizelkę, porwał wnuka na ręce i przewrócił się na plecy, padając jak długi na łoże Rity. Jerzyk otworzył usta i pokazał w uśmiechu swoje dwa ostre zęby.

Wtedy do pokoju weszła jego matka.

– Telefon do tatusia – powiedziała cicho i usiadła na łóżku obok ojca i syna.

Popielski wstał, wziął Jerzyka na ręce i tańczył z nim, śpiewając Tango łyczakowskie i kierując się do przedpokoju. Nie wyglądał teraz na kiepskiego tancerza. Powalcował do telefonu i podniósł odłożoną przez Ritę słuchawkę. To pewnie Leokadia, pomyślał, zapyta, kiedy będę na kolacji.

To nie była jednak kuzynka Popielskiego.

Komisarz po pięciu minutach wrócił do sypialni i wstawił Jerzyka z powrotem do łóżeczka. Mały zaczął już się nudzić na rękach dziadka i bardzo mu się spodobała ta odmiana. Zaczął uderzać w grzechotki umocowane na żyłce nad łóżkiem.

– On teraz już nie zaśnie – powiedziała ponuro Rita. – Tak go tatuś rozbawił.

– Od jutra mój wnuk – Popielski zaczął się ubierać – może całą swoją energię wydatkować na dziecińcach i w parkach.

– Naprawdę? – Rita uśmiechnęła się z radością. – Naprawdę?

– Za kwadrans to miasto będzie wolne od potwora.

Komisarz ucałował wnuka i córkę, po czym wyszedł z sypialni.

Komisarz wszedł do bramy nie niepokojony przez nikogo. Była otwarta na oścież, co świadczyłoby, że dozorca albo tu nie mieszkał, albo nie pełnił funkcji nocnego portiera. Słaba żarówka oświetlała jakieś obwieszczenie oraz listę lokatorów. I to, i to wypisane było krzywymi literami. Obwieszczenie było krótkie, informowało o inspekcji kominiarza i domagało się bezwarunkowej obecności wtedy w domu wszystkich lokatorów. Lista mieszkańców była natomiast długa i zawierała dwadzieścia pięć pozycyj. Pod słowem „suteryna” zapisano „Bernard Garyga”.

Popielski zszedł po dwóch schodkach w stronę drzwi do piwnicy i ujrzał przed nimi drzwi do mieszkania Garygi. Padał zza nich wąski promień światła i rozrzedzał nieco ciemność korytarza. Komisarz zdjął kapelusz i przyłożył do drzwi ucho. Usłyszał szczęk talerzy i piskliwe okrzyki. Wyszedł na podwórko i zbliżył się cicho do okna, którego parapet był kilka centymetrów powyżej gruntu. Kucnął przy ścianie, a potem ostrożnie wystawił zza framugi jedno oko i policzek.

Okno było otwarte i niezasłonięte. Ubogą izdebkę zajmował duży stół przykryty ceratą. Siedział przy nim szpakowaty mężczyzna w koszuli bez kołnierzyka i w kamizelce. Duże, spracowane dłonie zaciskał w pięści. Treść rozłożonej przed nim książki najwyraźniej go wzburzała, bo co chwila zaciskał mocno dłonie, aż bielały ich kostki. Przy stole stał dobrze zbudowany chłopak, lat około piętnastu. Jego krótko ostrzyżona głowa zwężała się ku górze jak stożek. Miał małe oczy głęboko wciśnięte w oczodoły otoczone ciemnymi obwódkami. Obie dłonie wsadził w brudne po kolacji talerze i przesuwał te naczynia po stole. Stukały one przy tym o siebie, wydając brzęk. Cała zabawa najwyraźniej była chłopakowi dobrą rozrywką, bo do dźwięków uderzanych naczyń dołączał się co chwila jego wesoły pisk.

– Zostaw to – powiedział łagodnie mężczyzna do chłopca. – Bo tatusia głowa boli.

Popielski pchnął lufą pistoletu skrzydło okna, aż ta zderzyła się z doniczką. Kucał w otwartym oknie i mierzył z browninga do obu mężczyzn. Zgodnie z ustawą o postępowaniu karnym powinien był tu przyjść w dzień w towarzystwie przynajmniej dwóch świadków postronnych oraz gospodarza domu, a w razie jego nieobecności poprosić o asystę jego żonę lub któregoś ze starszych lokatorów. Rewizja w nocy powinna być uzasadniona w protokole. A jedyne uzasadnienie, które mu przychodziło na myśl, brzmiało: „wybrałem noc z powodu epilepsia photogenica”. Wszystko, co teraz Popielski czynił, mogło go narazić w przyszłości na dochodzenie dyscyplinarne. Ale przepisowe postępowanie było i tak w tym momencie bezcelowe. Komisarz poczuł gorycz w gardle. To był smak frustracji. Mężczyzna przy stole w niczym nie przypominał zbrodniarza z fabryki ultramaryny.

– Dowód ten osobisty należał do niejakiego Marcelego Wilka, robotnika. Pół roku temu skradziono mu dokumenty. Złodziej mówi, że zaniósł go panu, panie Garyga. Potem na ten dowód wypożyczono kilof z wypożyczalni narzędzi na Piekarskiej. Tym kilofem połamano nogi małemu dziecku, Kaziowi Markowskiemu. Słyszał pan o tym?

– Tak.

– Wie pan, jak wygląda dziecko z połamanymi nóżkami?

– Nie, nigdy nie widziałem.

– Połamane kości napierają na skórę, wie pan, panie Garyga? Pod skórą robią się wybrzuszenia, duże gule. Wyobraża pan sobie. – Wstał, podszedł do Stasia, który wciąż drżał przy ojcu. – O tu, pod kolanem. – Dotknął nogi chłopca. – Może być gula, najpierw kolano, a pod nią gula. Skóra jest zaczerwieniona, napięta. Kiedy kość jest złamana na ostro, może przebić skórę.

– Nic o tym nie wiem. – Garyga wciąż patrzył obojętnie na komisarza. – Nie jestem lekarzem.

Popielski rozejrzał się po izbie. Na przeciwległej ścianie wisiała na sznurkach deska z czterema książkami i z tandetnym odpustowym obrazkiem. Policjant podszedł do tej prowizorycznej półki. Przechylił głowę i przeczytał tytuły. Kodeks handlowy Dobkiewicza, Buchalteria dla absolwentów szkół powszechnych Filiera, Księgi handlowe Krzywdy i Rocznik polityczny i gospodarczy z 1938 roku.

– To było tak. Po kolei. Każda pańska książka to jedno zdarzenie. Najpierw ukradziono dowód Wilkowi. – Wysunął z szeregu książek Kodeks handlowy. – Potem złodziej przyniósł go panu. – Wysunął podręcznik Filiera. – Potem pan przekazał komuś, nazwijmy go „Herodem”, ukradziony dowód. – Na środek półki wyjechały Księgi handlowe. – A potem Herod wypożyczył kilof i połamał nim nóżki Kazia. – Rocznik polityczny i gospodarczy podzielił los pozostałych książek. Stały one teraz blisko brzegu półki.

Popielski oparł palec na opasłym tomie Ksiąg handlowych Krzywdy i zrzucił go na podłogę. Chłopiec pisnął, odwrócił głowę i patrzył z przerażeniem na leżącą na podłodze książkę.

– To jest dla mnie zagadka. – Popielski wskazał na nią palcem. – To przekazanie dokumentów Herodowi. Niech mi ją pan rozwiąże. Kim jest Herod?

– Ja nic nie rozumiem, o co chodzi. – Garyga mocniej objął syna. – Herod to ze świętej Ewangelii.

– Komu przekazałeś dowód?

– Nie miałem w ręku żadnych skradzionych dokumentów. – Tym razem komiwojażer spuścił wzrok i dodał cicho. – Nie boję się, że sąd mnie skaże za paserstwo. Nie ma pan żadnego dowodu na moje przestępstwo oprócz zeznań jakiegoś kieszonkowca. A on to niby co? To niby będzie zeznawał w sądzie? Powie „Wysoki sądzie, to ja ukradłem jakiś dowód”? Przyzna się do winy? Pokaż mi pan takiego, co się przyzna!

– On już się przyznał. – Popielski uśmiechnął się szeroko i, jak zawsze przy blefowaniu, poczuł nerwowe drżenie jakiegoś mięśnia przy łokciu. – On siedzi u Brygidek, oskarżony o zabójstwo pewnego bogatego Żyda. Siedzi i słodko się przyznaje do wszystkiego, tylko nie do zabójstwa. A ja go słucham i mówię mu tak: „Potwierdzisz w sądzie, kochaniutki, że dostarczyłeś skradziony dowód Garydze? Potwierdzisz? To zapomnimy o zabójstwie Żyda, dostaniesz kilka lat za swoje dawne sprawki i umkniesz katu spod szubienicy. A wiesz, Garyga, dlaczego mogę mu to obiecać? Bo dla mnie ważniejszy jest ten głupi dowód osobisty niż zabójstwo! Bo zabójstw widziałem wiele, a dziecko z połamanymi nóżkami tylko jedno. A zatem masz odpowiedź na twoje pytanie. Tak, odpowiadam, ten złodziej zezna przeciwko tobie, a ty trafisz na dwa lata do Brygidek za paserstwo.

– Niech zeznaje – mruknął Garyga. – Zobaczymy, komu sąd uwierzy.

Popielski poskubał swój melonik, jakby zbierał z niego niewidzialne nitki. Spojrzał przy tym na rozłożoną książkę, która, co widział wcześniej zza okna, wzbudziła u Garygi jakieś emocje. Jak postępować z dziećmi umysłowo niesprawnymi – przeczytał tytuł.

– A wiesz ty, krawaciarzu – znów się uśmiechnął – że Herod ma syna? Chorego tak jak twój. Umysłowo niesprawnego. A może to ty jesteś Herodem? No, powiedz! Jesteś nim? Może to właśnie ty wypożyczyłeś kilof i połamałeś nim nogi dziecka? Z nienawiści do innych dzieci, bo sam masz dziecko nienormalne!

Garyga milczał i nie patrzył na policjanta.

– Posłuchaj, człowieku, ja jestem twoim wybawicielem, wiesz? Jestem jedynym, który wie, że ty i Herod to dwie różne osoby. Bo ja się spotkałem z Herodem. Ale mnie nic nie powstrzyma. – Złączył dłonie za plecami i obszedł stół dokoła. – Mnie nic nie powstrzyma – powtórzył – aby skłamać i zeznać, że to ty jesteś zbrodniarzem. I komu wtedy sąd uwierzy? Nędznemu komiwojażerowi, pokątnemu sprzedawcy krawatek i skarpet, czy mnie – szanowanemu i ogólnie znanemu policjantowi?

– I dobrze. – Garyga uniósł wzrok. – Mnie pan wsadzi, ale prawdziwego pan nie znajdzie. To co panu przyjdzie, że mnie wsadzi?

– Pytasz, co zyskam, że cię wsadzę? – Popielski długo sam sobie nie odpowiadał. – Wiesz, kim były Erynie? – Popielski zapalił ostatniego papierosa. – Greckimi boginiami zemsty. A ja jestem ich wyznawcą, czcicielem. I złożę im z ciebie ofiarę… Rozumiesz, o czym mówię?

– Nie.

– Wsadzę cię do Brygidek z zemsty za to, że nie wydałeś mi Heroda. – Spojrzał na książkę o dzieciach niespełna rozumu. – Mów! Kim jest Herod?

– Królem żydowskim ze świętej Ewangelii.

Mijały chwile. Garyga milczał, Popielski palił, chłopiec podskakiwał.

– Ubieraj się – powiedział komisarz. – Idziemy.

– Dokąd?

– Pokażę ci, co się stanie z twoim Stasiem, kiedy ty będziesz siedział u Brygidek.

Noc była bardzo ciepła i zapowiadała upalne lato. Wojciechowski podliczył dzienny utarg i zamykał właśnie okiennice w obawie przed komarami, kiedy ujrzał światła samochodowe pod bramą okalającą jego zakład opatrzony szyldem „Letni cyrk i lunapark El Dorado. F. Wojciechowski i St. Szmid”. Wyszedł na zewnątrz i zbliżył się do bramy. Światła samochodu zgasły, drzwi trzasnęły i przed bramą stanął, wielce szanowany przez niego, komisarz Edward Popielski.

– Dobry wieczór, kochany dyrektorze! – krzyknął policjant. – Czy mogę mieć prośbę do kochanego dyrektora?

– Ależ oczywiście, drogi panie komisarzu. – Wojciechowski przywitał się wylewnie z nocnym gościem. – Sługa uniżony pana komisarza! Dobry wieczór! Dobry wieczór!

– Mam tu kogoś, dyrektorze – Popielski pochylił się nad gospodarzem – kim chciałbym, by pan się teraz zajął.

Wyszeptał mu na ucho swoją prośbę, oglądając się co chwila na samochód, w którym dwie ciemne sylwetki były widoczne w słabym świetle wiszącej nad bramą latarni. Dyrektor skinął głową kilkakrotnie i bardzo uniżenie, lecz nie mógł ukryć zdziwienia i pewnej odrazy, które zagościły na jego fizjognomii.

Popielski podszedł do samochodu i otworzył wszystkie drzwi kabiny pasażerskiej.

– Wysiadaj, Garyga. Kajdanki ci rozepnę, gdy będziesz na zewnątrz.

Część kanapy od strony pasażera opuścił szpakowaty mężczyzna i stanął bardzo blisko drzwi. Dalej odejść nie mógł. Przegub jego lewej ręki był połączony kajdankami ze szprosem samochodowego okienka. Tym samym wyjściem gramolił się chłopiec.

– A ty gdzie?! – wrzasnął na niego Popielski. – Wychodź swoimi drzwiami!

– Wyjdź tam, Stasiu. – Garyga wskazał ręką na drzwi kabiny od strony szofera i spojrzał na policjanta bez wyrazu. – Proszę nie krzyczeć na mojego syna, on rozumie bez krzyku.

Popielski podszedł do chłopca i chwycił go za kołnierz. Impet tego ruchu i siła jego uchwytu była tak wielka, że Stasio stracił kontakt z ziemią. Popielski drugą ręką chwycił go za pasek spodni i wprawnym ruchem wykidajły wtargał go za bramę. Trzymając go mocno, odwrócił się do ojca. Ten wrzeszczał i bulgotał niezrozumiale. Rzucał się całym ciężarem ciała na drzwi i omal ich nie wyłamał. Zrobił to po raz drugi, ale z mniejszą siłą. Syknął z bólu. Jego przegub został mocno nadwerężony przy tych gwałtownych ruchach.

– Oddawaj mi syna, ty bandyto! – wyartykułował w końcu.

– Kim jest Herod? – wrzasnął Popielski, trzymając mocno chłopca. – Mów, kogo kryjesz! Tego, co dziecku połamał nogi kilofem!? Zboczeńca, który tępym nożem rżnął skórę chłopca i wypuszczał mu krew?! Ty, ojciec nieszczęśliwego dziecka, jeszcze się wahasz?! Wciąż masz szansę! Bo za sekundę twój chory pomiot znajdzie się wśród odmieńców!

– Oddaj syna! – Głos Garygi przeszedł w falset.

– Bierz go, dyrektorze, pod pachy – warknął policjant.

Popielski i Wojciechowski unieśli chłopca i – ciężko sapiąc – ruszyli w stronę namiotu. Krzyki obudziły ludzi z sąsiedniej posesji. W nieoświetlonych oknach pojawiły się jakieś głowy, lecz zaraz znikły. W okolicach Wysokiego Zamku nie takie krzyki i złorzeczenia były zwykłą nocną muzyką.

Stasio był bezwładny, lecz przytomny. Rzucał jedynie głową na boki, patrząc to na jednego, to na drugiego mężczyznę. Gdy doszli do wejścia do namiotu, komisarz otarł pot z czoła.

– Niech pan obudzi wszystkich – wysapał Popielski. – Niech robią to co zwykle. Tego chłopaczynę do ostatniego boksu! A ja będę z tamtym za pięć minut!

– Oni rzadko kiedy śpią, wciąż tylko by się szpuntowali – odparł Wojciechowski i wszedł do namiotu, ciągnąc za sobą Stasia.

Popielski wrócił do samochodu. Garyga klęczał pod drzwiami i bił czołem o szybę. Charczał przy tym i szlochał. Kiedy komisarz zbliżył się do samochodu, przykuty kajdankami człowiek spojrzał na niego. Jego oczy były suche. Popielski stał na szeroko rozstawionych nogach.

– Pójdziesz siedzieć za paserstwo, a twój Stasio będzie wśród odmieńców. Już tam jest. Ale jedno twoje słowo… Właściwie dwa słowa, a uwolnię go. Nie przeżyjesz czegoś najgorszego, czegoś, czego lepiej, byś nigdy nie widział! Powiedz te słowa!

– Jakie to słowa?

– Imię i nazwisko Heroda.

– Chyba Herod Agryppa – wyszeptał Garyga.

Popielski spojrzał na zegarek i zastygł. Nauczył się tak trwać bez ruchu całymi godzinami i panować nad mięśniami twarzy. Była to bardzo przydatna umiejętność, gdy – jako oficer austriacki i adiutant obrońcy twierdzy Przemyśl Hermanna Kusmanka von Burgneustattena – przebywał wraz z austriackim generałem w głębi Rosji, gdzie z carskimi oficerami grał w karty o niebotyczne sumy, a nierzadko o własne życie.

Spojrzał na zegarek. Minął kwadrans.

– Odepnij się. – Popielski jedną ręką podał kluczyki komiwojażerowi, drugą zaś wyjął browning. – Idź przede mną do tego namiotu. Tam zobaczysz coś, czego nigdy nie zapomnisz.

Garyga odpiął się od drzwi samochodu, zdjął drugą obręcz kajdanków z przegubu, a potem wykonał gwałtowny ruch ręką. Zaszeleściły pobliskie krzaki, gdy wpadały w nie kluczyki.

– Już ci się nie dam przykuć, glino – warknął Garyga. – Prędzej ci gardło przegryzę, niż mnie znowu przykujesz.

– Idziemy. – Popielski wykonał ruch browningiem. – Jeden podejrzany gest w moim kierunku, a przestrzelę ci rękę lub kolano. Zależy, w co trafię.

Podeszli do namiotu, który tymczasem został rozświetlony od wewnątrz.

– No wchodź! – Popielski wsadził Garydze lufę między łopatki.

Weszli do namiotu, który był podzielony płóciennymi ściankami na szereg małych przepierzeń, skąpanych teraz w ostrym elektrycznym świetle.

– No, oglądaj! – Popielski znów szturchnął Garygę lufą. – Zaczynaj od pierwszej komnaty dziwów.

Siedziała w niej bardzo gruba kobieta. Jej potężne nogi i uda pokryte były gęstym ciemnym włosem. Była prawie rozebrana. Na swoje pudenda, i tak już zresztą skryte trzyfałdowym brzuchem, zarzuciła kraciastą chustę z frędzlami, a piersi ukryła pod splecionymi ramionami. Bez śladu ciekawości patrzyła małymi oczami na oglądających ją mężczyzn. Jakieś pozostałości jedzenia tkwiły w rzadkich włosach jej brody i wąsów.

– To babochłop – powiedział Popielski. – Możesz ją oglądać, ale możesz ją też posiąść. Za pięć złotych nadstawi ci swoją wielką jamę!

W drugiej komnacie siedział karzeł o ogromnej głowie. Ubrany był w czerwoną kamizelkę, spod której wystawały umięśnione ręce pokryte więziennymi tatuażami. Dolną część jego garderoby stanowiły spodnie o trzech nogawkach. Dwie opinały krótkie nogi, trzecia zaś, wypełniona do końca, zwisała pomiędzy nogami na wysokości kolan.

– Domyślasz się, co on ma w tej trzeciej nogawce? Za specjalną opłatą pokazuje to coś damom. Ponoć niektóre mdleją z wrażenia, a inne po kryjomu umawiają się z tym pokraką i korzystają z jego względów.

W trzeciej komnacie ryczał na całe gardło potężny człowiek. Ubrany był w tunikę, a obuty w sandały, których rzemienie owijały się wokół jego pokrytych krostami łydek. Broda i gęste czarne włosy zostawiały mu bardzo niewiele nieowłosionego miejsca na obliczu, z którego błyskały okrągłe małpie oczy.

– Ten raz bywa gladiatorem – objaśniał dalej Popielski – a gdy się gladiator opatrzy widzom, zamienia się w King Konga. W tej drugiej roli staje się również pożeraczem żywych węży. Za dodatkowym honorarium zeżre na twoich oczach żywą żmiję lub połknie całego zaskrońca! Patrz tylko na to. – Wskazał leżące wokół płaty wężowej skóry, po których ślizgały się białe larwy. – A teraz zobaczysz najgorsze. I pamiętaj o tym, że trzymam cię na muszce. Jeden fałszywy ruch i kulejesz do końca życia.

W czwartej komnacie siedział Stasio. Był przywiązany do krzesła grubym sznurem. Ręce miał opuszczone wzdłuż ciała. Patrzył na stojących przed nim ludzi. Światło załamywało się na jego zdeformowanej głowie i nie dochodziło do jego oczu. Oczodoły były jeszcze ciemniejsze i oczy były w nich wcale niewidoczne. Wyglądały jak dwie czarne dziury wydrążone w kanciastej bryle czoła.

41

Garyga rzucił się do chłopca i zaczął rozwiązywać sznur. Popielski wziął bat, oparty o ścianę namiotu, i strzelił z niego głośno. Stasio drgnął mocno w objęciach ojca. Komisarz strzelił ponownie. Chłopiec aż podskoczył.

– Panie i panowie! – krzyczał Popielski, jakby był konferansjerem cyrkowym. – Oto przed wami kolejne dziwadło, które odtańczy taniec świętego Wita! Jeden strzał – jeden krok taneczny!

Strzelał z bata, skurcze przebiegały przez ciało dziecka, ojciec drżącymi rękami usiłował rozplątać marynarski węzeł zasupłany na linie.

– Tańcz, szatański pomiocie! – wrzeszczał Popielski i strzelał z bata. – Tańcz, a tłum będzie szalał z uciechy! Podryguj, a tłum będzie wył! A wieczorem otrzymasz nagrodę – zaszpuntujesz ciemną jamę babochłopa!

Garyga rozwiązał syna i tulił go do piersi.

– Pójdziesz do więzienia za paserstwo. – Popielski syczał do ucha przerażonego ojca. – A twój syn zostanie sam. Wtedy ja zatelefonuję do kochanego dyrektora. I niedługo po moim telefonie Stasio trafi do odmieńców i stanie się uciechą dla tłuszczy.

Garyga nie reagował. Tulił wciąż syna, a na twarzy drżały mu mięśnie.

– Rozumiesz, kanalio bolszewicka? – Komisarz był tak wściekły, że zamierzył się batem na komiwojażera. – Rozumiesz, że twój synuś, twój chory synuś, zostanie straszydłem?

Stasio przestał drżeć. Odsunął delikatnie ojca i uśmiechnął się do Popielskiego.

– Synuś, synuś – powiedział dziwnym piskliwym głosem. – Dzie synuś? Dzie je synuś? Ja chce do synuś! Ja bawi z synuś!

Wtedy Bernard Garyga zaczął płakać. Popielski odłożył bat i podszedł do roztrzęsionego ojca. Oparł mu rękę na ramieniu.

– Herod Agryppa? – zapytał.

– Tadeusz Szałachowski – odparł Garyga, nie patrząc na Popielskiego. – A jego synuś to Andrzej Szałachowski. Mieszkają na Sobieskiego 15.

Nieszczęsny ojciec odwrócił się i plunął komisarzowi w twarz. Ten wstał, wytarł plwocinę z twarzy chustką perfumowaną wodą libańską, ozdobioną starannie wyszytym monogramem, po czym rzucił ją na stos wężowych skór.

Franciszek Wojciechowski patrzył na to wszystko rozszerzonymi źrenicami. Do komisarza Popielskiego nie odczuwał już teraz ani odrobiny szacunku.

Policjant popatrzył na triumfujące oblicze stróża i podjął decyzję. Rozejrzał się po stróżówce przedzielonej zasłoną, za którą chrapała małżonka dozorcy.

– Taki jest pan zadowolony, co, panie Dominiak? – powiedział wolno. – Tak bardzoś pan zadowolony, że glina nie zdobył informacyj, które chciał?

– Ta ja ni wim, o czym pan kumisarz…

– Przewidziałeś, że nie obudzę w nocy mecenasa Machla. Jesteś zadowolony, co? – Popielski zabębnił palcami o blat stołu. – Cieszę się, że masz dobry humor. Ale ja ci go zepsuję.

– Ależ, panie kumisarzu, ja ni chciał…

– Idź spać, Dominiak, idź spać.

Popielski wstał i zaczął się rozbierać. Zdjął marynarkę, poluzował krawat, rozpiął spinki i podwinął rękawy. Podszedł do kozetki przykrytej ceratą. Potem usiadł i podskoczył kilkakrotnie, sprawdzając w ten sposób sprężystość mebla. Zadowolony z efektu, jednym ruchem złożył wpół ceratę, następnie podłożył ją pod swe obute nogi i położył się wygodnie na kozetce. Oparł się o zimny piec i założył ręce za głowę.

– Nie masz tu żadnego robactwa? – zapytał.

– U mnie pełno pluskiw. – Dominiak patrzył w napięciu na nieproszonego gościa. – I karakonów też ni brakuji.

– No to trudno. – Popielski nasunął melonik na oczy. – A wiesz, że ja się nawet do nich przyzwyczaiłem, kiedy byłem w Rosji? Pełno ich tam. Dobranoc, panie Burmyło.

Stróż zacisnął zęby i po chwili legł przy boku chrapiącej małżonki. Nie mógł zasnąć, ponieważ jego nieproszony gość wciąż pogwizdywał Marsz Radetzkiego.

– Tak jest, panie mecenasie – odparł służący i zniknął w czeluściach przedpokoju, skąd wciąż dochodziły hałasy rozweselonych nocnych marków.

Adwokat siedział w milczeniu i nadsłuchiwał. Te wesołe okrzyki najwyraźniej wprowadzały go w niepokój. Przetarł okulary i spojrzał na Popielskiego załzawionymi nieco i zaczerwienionymi oczami.

– Przepraszam, komisarzu, za te hałasy. Wczoraj mój najmłodszy brat, Michał, przyjechał ze swoją żoną z zagranicy. Michałostwo i moja żona bawili się na dansingu w Warszawie. – Uśmiechnął się ze smutkiem. – Ja nie mogłem im towarzyszyć. A poza tym nie lubię tańców. Znam lepsze remedia na bezsenność niż głupie podrygiwanie w lambeth-walku.

– Ad rem, panie mecenasie. Proszę.

– A zatem stary Szałachowski… – Machl zamyślił się. – Klemens… Tak… Co ja o nim wiem? Mniej więcej sześćdziesiąt lat temu trzydziestoletni wtedy właściciel dóbr ziemskich, browarów i cegielń w okolicach Sambora, rzeczony Klemens Szałachowski, wprowadził się tutaj wraz z żoną Pelagią. Ta kamienica, własność mojego ojca, była wtedy świeżo odremontowana. Państwo Szałachowscy zajęli mieszkanie… O, to nade mną. – Palec skierował w stronę sufitu. – Po kilku latach narodził się im syn Tadeusz. Jest on mniej więcej w moim wieku. I tu zaczyna się rodzinna tragedia. Klemens Szałachowski po urodzeniu dziecka ogłosił je bękartem i wyrzucił na bruk wraz ze swoją żoną. Straszna kara za domniemaną niewierność, nie sądzi pan?

– O tym, czy była ona rzeczywista czy zmyślona, wie tylko owa pani. – Popielski pojął, że przymiotnik „domniemany” jest ulubionym słowem mecenasa.

– Tak, o tym wie tylko zdradzająca kobieta, chyba że mąż ją złapie in flagranti. No dobrze… Dalej, dalej – mówił do siebie ze złością. – Bo z powodu gadulstwa nie zdążę się przygotować do rozmowy z moim pierwszym kundmanem. Otóż, nie wiem, co się działo z panią Pelagią Szałachowską i z domniemanym bękartem Tadeuszem. Mówię „domniemanym”, bo pan Klemens nie zrzekł się formalnie ojcostwa. Mieszkał tu nadal, często wyjeżdżał w interesach i pomnażał potężnie swój majątek. Nie wiem, czy pomagał finansowo żonie i synowi. Kiedy miał lat około siedemdziesięciu, pozostawił interesy plenipotentom, a sam zamieszkał w tym wielkim pustym mieszkaniu. – Znów wskazał palcem na sufit. – Napisał osobliwy testament, zdeponował go u mnie, a potem już tylko pił, dziwaczał, po nocach tupał, aż w końcu, jakieś dziesięć lat temu, dobrowolnie przeprowadził się do Domsa, gdzie wyszykowano mu pierwszorzędny apartament. Mniej więcej wtedy przyszedł do mnie dziwny i biedny urzędniczyna wraz ze swoim chorym – jak się później okazało – na padaczkę synem. Przedstawił się jako Tadeusz Szałachowski, syn Klemensa, i poprosił mnie o pozwolenie na zajęcie pustego mieszkania, twierdząc, że mu się ono należy po ojcu. Odpowiedziałem mu wówczas, że mieszkanie to wcale mu się nie należy, ponieważ pan Klemens w testamencie zapisał je mnichom studytom, podobnie jak cały swój majątek. Odczytałem mu przy tym cały testament, nie pominąwszy tego najbardziej osobliwego paragrafu o śmierci męczeńskiej własnego syna…

– O czym? – Popielski omal się nie zadławił własną śliną.

– O śmierci męczeńskiej – powtórzył Machl. – To przejaw jakiejś strasznej aberracji starszego pana. Otóż, niech pan sobie wyobrazi, komisarzu, że pan Klemens zapisał cały swój ogromny majątek mnichom studytom pod tym wszakże warunkiem, że jego syn Tadeusz Szałachowski, którego definiuje w testamencie jako „bękarta”, umrze śmiercią naturalną bez większych cierpień. Krótko mówiąc: Tadeusz umiera bez cierpień, mnisi otrzymują cały majątek. Za śmierć bezcierpienną autor testamentu uważa samobójstwo, choćby nie wiem jak bolesne, oraz śmierć z choroby, choćby ta nie wiadomo jak długo trwała. Natomiast czcigodni ojcowie nie dostaną ani grosza dla swoich sierot, jeśli – i tu niech pan uważa! – jeśli bękart Tadeusz zginie śmiercią w męczarniach.

– A komu, zgodnie z testamentem, przypadnie wtedy majątek – Popielskiemu w najmniejszym stopniu nie było do śmiechu – kiedy Tadeusz rzeczywiście zginie śmiercią męczeńską?

– Oczywiście krewnym.

– A on ma jakichś krewnych? – Komisarz stężał w napięciu, a potem zaczął przerzucać kieszenie w poszukiwaniu papierosów. – Bo jeśli tak, to właśnie tym krewnym mogłoby zależeć, aby on umarł w męczarniach.

– Widać u pana logikę człowieka szkolonego na Arystotelesie. – Adwokat podsunął rozmówcy srebrną paterę z papierosami. – Otóż jedynymi jego krewnymi są syn Tadeusz i wnuk Andrzej.

– Jak się zachował Tadeusz Szałachowski, kiedy dziesięć lat temu przeczytał mu pan ten testament?

– Przyjął do wiadomości koszmarny warunek, który jest swoją drogą – mecenas się zamyślił – dowodem na straszną nienawiść, jaką Klemens czuł do Tadeusza. Chciał, aby Tadeusz zginął w męczarniach. I to tylko dlatego, że w jego własnym mniemaniu chłopiec nie był do niego podobny! Ale, ale… – Otrząsnął się z tego napływu refleksyj. – Co było dalej z Tadeuszem Szałachowskim po tym, jak poinformowałem go o zapisie? Nic, wynajął u mnie pokój pod schodami i mieszkał tam lat dziesięć, do całkiem niedawna. Kilka dni temu się wyprowadził. To wszystko. – Machl sięgnął po dzwonek i zadzwonił głośno. – No i gdzie ta kawa?!

– Jaki podał powód wyprowadzki?

– Otóż Tadeusz Szałachowski przed rokiem poważnie zachorował na suchoty, stracił pracę i przestał płacić komorne. Nie płacił od pół roku. To był powód. I tak byłem bardzo cierpliwy przez wzgląd na jego chorego syna.

– A dokąd się wyprowadził?

– Nie wiem, nie zostawił adresu. Darowałem mu dług i wyrzuciłem go, bo na jego lokal reflektuje pewien uczciwie płacący szewc…

Popielski zdusił papierosa. Herod, Szałachowski, myślał, powiedział mi w fabryce ultramaryny, że chciał być rozszarpany przez Żydów. Czyli chciał ponieść śmierć męczennika… Jak zaaranżował tę męczeńską śmierć? To proste w swej perfidii – zabił Henia Pytkę, a to zabójstwo upozorował na mord rytualny. Potem chciał podpalić synagogę, obserwować pogromy, by w końcu ogłosić Żydom: „To ja zabiłem, to przeze mnie te zamieszki!”. Wtedy by został zlinczowany, a jego syn dostałby potężny spadek po dziadku. Ale to się nie udało, bo ja pokrzyżowałem mu plany. Zbyt szybko został ujęty Anatol Małecki, w którego winę wszyscy uwierzyli. A najbardziej ja, który go nawet ukarałem… Wtedy Szałachowski porwał Kazia Markowskiego, połamał mu nogi, bo oczekiwał, że taki wściekły mściciel jak ja zabije go kilofem. A skąd wiedział, że ja jestem mścicielem? Przecież Walery Pytka, całując mnie po rękach w katedrze, powiedział wszystkim lwowianom: „Popielski jest mścicielem”. Może Szałachowski stał w tłumie pod katedrą? Teraz tylko przez przypadek uniknął mojej kary, bo powalił mnie atak padaczki. I wciąż wyprzedza mnie o krok. A przecież byłby tutaj, w tym pokoiku pod schodami, gdyby chciwy wieprz Machl nie wyrzucił go na bruk! Teraz Herod siedziałby skuty u moich stóp, gdyby nie ta tłusta, lękliwa i skąpa papuga!

– Najbardziej mnie dziwi, panie mecenasie – powiedział z irytacją – że tak po prostu wyrzucił pan na bruk biednego suchotnika obarczonego epileptycznym synem.

– Wypraszam sobie, komisarzu, takie uwagi – Machl powiedział to łagodnym tonem i nie patrzył w oczy policjantowi. – Uprawiając swój zawód, nie jest pan chyba takim znowu Katonem… A poza tym każdy z nas ma jakieś wyrzuty sumienia… Każdy z nas, sit venia verbo, jest Orestesem… Jak by to powiedzieć po chrześcijańsku, każdy ma swój krzyż… No wreszcie jest ta kawa!

Drzwi uchyliły się i do gabinetu weszła piękna młoda kobieta. Ciągnął się za nią zapach perfum, alkoholu i rozgrzanego tańcem ciała. Popielski, widząc ją, zmieszał się jak uczniak przyłapany w tingel-tanglu. Uwielbiał ten żydowski typ szczupłych brunetek o bladej, porcelanowej cerze i o ogromnych zielonych oczach, w których – jak mawiał – kryła się cała melancholia pustyni Negew. Pani miała na sobie czarną balową suknię odsłaniającą plecy. W dłoniach, obleczonych do łokci w atłasowe rękawiczki, trzymała tacę z dwiema filiżankami, cukiernicą, dzbankiem, mlecznikiem i z talerzykiem, wypełnionym herbatnikami.

44

– Och, kochanie! – Udała zdziwioną i zmierzyła wzrokiem Popielskiego. – Nie wiedziałam, że jest tu ktoś u ciebie… A śniadanie już czeka i szampan się mrozi…

– Pozwól, Heniutko. – Machl odebrał kobiecie tacę, patrząc ze złością na dwie filiżanki, których obecność świadczyła, iż dokładnie wiedziała, że w gabinecie są dwie osoby. – To pan komisarz Popielski, panie komisarzu, oto moja żona Henryka.

– Bardzo mi miło – powiedział Popielski, chcąc ująć jej wiotką dłoń.

Kobieta nie podała mu ręki, zakręciła się tylko wokół niego, wyciągając w bok dłonie i wykonując nimi płynne ruchy – jakby w takt leniwej muzyki. Zajrzała mu przy tym głęboko w oczy.

– To jest ten słynny pan komisarz, pogromca morderców. – Prawie jęknęła z przejęcia. – O zielono-piwnych oczach. – Musnęła dłonią po jego podbródku. – I jaki szorstki, nieogolony, trochę brusque.

Popielski stał jak skamieniały. Machl nalał kawę tylko do jednej filiżanki i odwróciwszy się do okna, natychmiast zaczął z niej siorbać gorący płyn. Na jego głowie wśród rzadkich pasm włosów błyszczały kropelki potu.

– Jaki pan ma przenikliwy wzrok – szepnęła jego żona i położyła dłoń na swym miękkim białym dekolcie. – O, aż tutaj go czuję!

Ostatnie, czego pragnął Popielski, to być uwodzonym przez kobietę w obecności jej męża. Włożył szybko melonik, kiwnął głową, zamruczał słowa pożegnania i wybiegł z gabinetu na korytarz. Miał rację mecenas Machl, myślał, zbiegając po schodach, pewnie każdy z nas jest Orestesem i każdy ma swój krzyż. Ale jego krzyż jest szczególny. To cierpienie męża niepewnego młodej żony, żałosne wycie domniemanego rogacza, bezsenność starca, który musi rozpaczliwie wierzyć w niezłomność małżeństwa. Śmierć jest moją codziennością, podejrzliwość – jego dniem i nocą. Każdy z nas jest Orestesem. Ale nie każdy Agamemnonem.

W końcu dojechali na właściwy przystanek. Wytworny pan wyniósł z tramwaju najpierw boksera, a potem wózek z Jerzykiem, po czym towarzyszył im jeszcze kilka chwil, zagadując coś słodko do mamy i wciąż uchylając nakrycia głowy, które upodabniało go w oczach Jerzyka do dziadka. To chyba sprawiło, że ów pan wzbudził w dziecku odrobinę sympatii, najwyraźniej w odróżnieniu od mamy, która po kilku minutach rozmowy ostro ofuknęła owego pana i szybko ruszyła do wielkiego domu stojącego wśród drzew.

Tam wniosła wózek na pierwsze piętro, a Jerzyk wchodził po schodach koło niej, wspinając się na nie wszystkimi swymi kończynami. Po chwili weszli do pustego, pachnącego farbą mieszkania. Mama zaczęła kogoś nawoływać. Ktoś jej odpowiedział okrzykiem z jednego z pokojów. Jerzyk, trzymający się matczynej sukienki, już wiedział po chwili, kto wydał z siebie ów okrzyk. Był to jeden z robotników, którzy, siedząc na podłodze w wielkim pokoju, coś jedli i pili. Jerzyk schował się za mamę. Stał tak przez chwilę, a ponieważ nic złego się nie zdarzyło, puścił ją i niepewnie – chwiejąc się w przód i w tył – pobiegł do przedpokoju. Tam poczuł, że ktoś go łapie i podnosi do góry.

Poczuł, że ten ktoś bardzo szybko się oddala od drzwi, za którymi mama rozmawiała z robotnikami. Jerzyk wrzasnął, lecz było za późno. Krzyk dziecka zabrzmiał już na klatce schodowej. Mama go nie usłyszała.

Malec rozdarł się w strasznym płaczu i bezradnie zamachał rączkami. Jedną z nich natrafił na jakiś materiał wystający z kieszeni człowieka, który go niósł. Wyciągnął ten materiał.

Po schodach potoczyły się blaszane pudełka z pastą do butów.

TYZYFONA

Jesteśmy ponurymi dziećmi nocy

Zwą nas w podziemiu boginiami zemsty

Ajschylos, Eumenidy, 416-417

Szałachowski patrzył na rozmówcę bez wyrazu.

– Grasz na zwłokę? – odezwał się po chwili. – Myślisz, że dam się nabrać?

– Zobacz tylko. – Popielski wyjął ze swojego odświętnego ubrania akt notarialny wynajęcia mieszkania na ulicy Ponińskiego. – To jest zmieniony testament twojego ojca.

– Ja muszę zginąć w męczarniach – natychmiast odpowiedział Szałachowski. – Za to, co zrobiłem tym dzieciom. Ale nie miałem wyboru. Albo jakiś bękart zginie, albo mój syn zostanie żebrakiem… Taki był mój wybór. Zrobiłbyś to dla własnego dziecka? Zabiłbyś dla własnego dziecka?

– Tak – odparł Popielski.

– A zabiłbyś dla wnuka?

– Tak.

– To dobrze. – Szałachowski uśmiechnął się pod wąsem. – No to mnie zabijesz. Miałem być rozszarpany przez Żydów, to nie, to ty musiałeś zamknąć jakiegoś wariata… Miałeś mnie zabić w fabryce, to nie, to musiała cię napaść padaczka… A teraz nic nam nie przeszkodzi…

– Pomyśl o nowym testamencie…

– Boisz się, co? – Roześmiał się. – Boisz się, że niczego nie mam w ustach. Boisz się, że mnie zabijesz i niczego się nie dowiesz, a żywego to możesz mnie zmusić do mówienia… Nie masz wyboru. Już jesteś moim mordercą. Za chwilę tu będzie policja. Wezwał ją mój syn. Ja będę leżał w dole na bronach… Sam mogę tam skoczyć… A ty będziesz tu stał na wieży. Wszyscy będą wiedzieć, adwokat starego też, że zabił Popielski, bo porwałem mu wnuczka… A ja zginąłem w męczarniach, nabity na brony… Możesz mnie zabić, a możesz tylko patrzeć, jak skaczę w dół… Wybieraj! Myśl nad tym, ale tylko do pierwszego sygnału wozów policyjnych… Wtedy skoczę…

– Przecież twój syn nie dostanie forsy dziadka, jeśli skoczysz – komisarz starał się panować nad głosem – bo nie dostanie ani grosza w razie twojego samobójstwa…

– Ale ty tu będziesz, kiedy przyjedzie policja… Wszyscy będą wiedzieli, że ty mnie zabiłeś!

– A te brony? – Popielski wskazał na dno basenu. – Ja je niby tu przyniosłem?

– Właśnie. Ty je wypożyczyłeś. Tak zeznają ludzie z wypożyczalni. – Szałachowski wybuchnął śmiechem.

Popielski prawie położył się na barierce. Wydawało mu się, że wszystko wokół rozświetlają raz za razem białe błyski magnezji, że cały świat wokół porusza się w tempie równomiernych trzaśnięć jakiejś wyimaginowanej lampy błyskowej, a wieża nad wybronowanym basenem jest jedynym nieruchomym punktem we wszechświecie. Odepchnął się od barierki i zatoczył się na wieży, niebezpiecznie zbliżając się do jej krawędzi. Brony kręciły się pod nim jak zębate koła. Poczuł, że traci przytomność. Opadł na czworaki, aby ocalić swe życie. Klęknął przed Szałachowskim i wybił przed nim pokłon, tłukąc czołem w betonową powierzchnię wieży. Zbrodniarz zastygł w bezgranicznym zdziwieniu. Wtedy Popielski go zaatakował.

Wciąż na czworakach, rzucił się na niego jak zwierzę. Chwycił go za nogi na wysokości kolan i pociągnął ku sobie. Szałachowski runął na wznak, uderzając potylicą o beton. Choć uderzenie było mocne, to zbrodniarz nie stracił przytomności i w pełni panował nad swoimi ruchami. Kiedy Popielski chciał go przycisnąć swoim dziewięćdziesięciokilogramowym ciężarem, Szałachowski przewrócił się na bok i chwycił się mocno krawędzi wieży. Leżał teraz na brzuchu, a jego dłonie przywarły do betonu. Jego jedna ręka i jedna noga wisiały już nad basenem. Wystarczyłby tylko jeden ruch, jeden obrót ciała, by runąć bezwładnie w dół. Popielski wstał, oparł się znów o barierkę i zamarł w bezruchu.

– Pokaż mi tę kapsułkę – wycharczał. – Pokaż, że ją masz, to cię zabiję, obłąkany bydlaku.

Szałachowski odchylił głowę w stronę Popielskiego i rozwarł usta Język wsadził pomiędzy dziąsło i policzek. Między spróchniałymi pieńkami zębów tkwiła szklana fiolka. Wtedy komisarz kopnął go w twarz, trafiając szpicem buta wprost w usta. Głowa Szałachowskiego odchyliła się gwałtownie, a z otwartych ust wystrzelił połamany ząb. Cios obrócił go na plecy, a te już nie znalazły żadnego oparcia. Runął w dół i w czasie swego lotu machnął ręką do Popielskiego. Ten spojrzał w dół i widział, jak ciało Szałachowskiego, rozpięte na bronach, porusza się w szybkich skurczach, a z jednego ucha wypływa krew w regularnych fluktuacjach.

Odetchnął ciężko i szybko zbiegł po schodach wieży i po basenowej drabince. Szałachowski już nie żył. Popielski wyjął z kieszeni scyzoryk i włożył ostrze w usta leżącego. Splunąwszy z obrzydzenia, sięgnął palcami do zaślinionej jamy i wyjął z niej szklaną fiolkę. Zdjął okulary i spojrzał pod światło. Był tam jakiś papierek. Zgniótł obcasem fiolkę i wyjął papierek. Był zupełnie pusty.

Skurcz szarpnął jego głową i plecami, źrenice i tęczówki schowały się, a oko stało się jednym ślepym bielmem. Skręt ciała rzucił go na dno basenu. Leżał na plecach, a jego dłonie klaskały o powierzchnię. Kolana ściągnęły się ku górze, a stopy płasko uderzały obcasami o beton.

Popielski wstał, zdjął marynarkę, zwinął ją i chciał włożyć chłopakowi pod głowę. Jego dotyk źle podziałał na Andrzeja Szałachowskiego. Szarpnął się jak poparzony, jego ciało wygięło się w kabłąk i runęło bezwładnie. Nogi trzasnęły o dno basenu, ręce zatrzepotały na betonie, a głowa nabiła się na ostrze brony. Chłopak zesztywniał, a potem się rozluźnił. Spomiędzy jego oczu wystawało ostrze brony.

Popielski w swym życiu wielokrotnie czuł gorzki smak beznadziei – ale jeszcze nigdy dwa razy w ciągu kwadransa, jeszcze nigdy jej nie odzyskiwał po to, by za chwilę stracić.

Leżał na dnie basenu i słuchał wycia Tyzyfony.

– Nie ochroniłeś wnuka przed Herodem – śpiewała bogini.

EPILOG

WROCŁAW, 1949

Mecenas Machl wymacał napchany portfel w marynarce, zegarek Schaffhausen na przegubie i zaniepokoił się nie na żarty. Jeśli motyw napadu nie był rabunkowy, to czeka go to, czego najbardziej nie cierpiał w swym w pełni przewidywalnym życiu: zgadywanka o niepewnym zakończeniu.

Nagle pomieszczenie rozjaśniła silna żarówka. Machl najpierw przez dłuższą chwilę przyzwyczajał się do światła, a potem rozejrzał się po pomieszczeniu. Był to mały betonowy schron z drzwiami zamykanymi od zewnątrz. W tych właśnie drzwiach uchylił się ze zgrzytem okratowany wizjer.

– Nazywam się Edward Popielski, panie mecenasie – rozległo się w dziurze. – Pamięta mnie pan? We Lwowie mieliśmy okazję się poznać.

– Nie – mruknął Machl.

– Przypomni pan sobie. Będzie pan miał mnóstwo czasu na rozpamiętywanie swoich czynów.

– Co pan ma na myśli? O czym pan mówi? – Mecenasowi powoli wracał donośny głos, którym niegdyś tak pięknie perorował we lwowskich sądach.

– Moja córka, Rita Popielska, popadła w chorobę umysłową. Chodziła po szpitalu w Kulparkowie, zamiatała włosami podłogę, a każdemu napotkanemu mężczyźnie chciała myć nogi jak biblijna grzesznica. Tak, obarczała się winą, że nie umiała dopilnować własnego dziecka, mojego wnuka Jerzyka Popielskiego. Miał niecałe półtora roku, kiedy porwali go ludzie Kiczałesa w akcji, którą pan wraz z nim zaplanował. Nigdy już nie widziałem mojego wnuka, a córkę ujrzałem po raz ostatni w roku 1942, kiedy ją Niemcy prowadzili na rozstrzelanie wraz z innymi pensjonariuszami Kulparkowa.

– Ja nie wiem, o czym pan mówi! – wrzasnął adwokat. – Pan jest chory umysłowo! Proszę mnie stąd wypuścić! Zapłacę, dużo zapłacę! Do końca życia będzie pan mógł…

– Do końca życia – przerwał mu głos za drzwiami – to ty tu będziesz siedział. Bez żadnej nadziei na opuszczenie tego schronu. A ja codziennie będę ci przynosił ostatnie zdjęcie mojego wnuka, Jerzyka Popielskiego. Fotografia wykonana w pierwszorzędnym zakładzie Van Dyck na Trzeciego Maja. Codziennie przez wszystkie kolejne lata będzie pan patrzył w oczy mojemu wnukowi. Dzisiaj jest dzień pierwszy.

Z okratowanego wizjera zsunęło się zdjęcie i spadło na podłogę. Przedstawiało ono małego chłopca z długimi lokami, ubranego w spodenki na szelkach. Biodra małego opasywał pas kowbojski z kaburami. Jeden pistolet chłopiec dzierżył w dłoni. Na dole zdjęcia był napis „Atelier Van Dyck, 4 maja 1939 roku”.

Leszek Duszyński i Gościwit Malinowski – za trafne uwagi i spostrzeżenia.

Za wszelkie błędy winę ponoszę wyłącznie ja sam.

Marek Krajewski